Takie tam...

poniedziałek, 05 października 2009

Oglądałam dziś swojego bloga i zainteresowało mnie - dlaczego dotąd nic nie pisałam o mojej kuchni? Przecież spędzam na tych moich kuchennych trzech metrach kwadratowych wiele czasu ciesząc się smakami, aromatami, radością Mariusza...

Zniesiecie mnie, jeśli czasem wspomnę coś na ten temat? Bo ostatnio jakoś mnie korci do uzewnętrzniania swoich przemyśleń. Obiecuję - nie będę nikogo indoktrynować, będę za to się mądrzyć i uważać za kulinarny ósmy cud świata ;-) 

Moja kuchnia to składowisko różności - orientalne przyprawy rywalizują o lepsze z angielskim fajansem z różowo - czerwonymi dekoracjami; na relingu mieszka stara metalowa foremka w kształcie ryby, a nad całością czuwa zielony ceramiczny kot, który ma dla mnie szczególne znaczenie...

I co jada się w tej kuchni? Otóż - przede wszystkim makarony i warzywa. Mój Mąż, wychowany w tradycji niedzielnego rosołu i schabowego, miłośnik bigosu i goloneczki szybko przystosował się do ogromnych ilości klusek wszelakich i mięsa pojawiającego się od wielkiego dzwonu... Pałaszuje soczewicowe kotlety, dysponując do nich coraz to inny sos; zajada się zupą z soczewicy i soczewicą w indyjskim stylu, na słodko i pikantnie. Ja mięso jadam niechętnie, jeszcze najbardziej dam się skusić na coś surowego albo mocno wędzonego, ale kotlety, pieczenie, klopsy mogłyby dla mnie nie istnieć. I to nie dlatego, że jestem ortodoksyjną wegatarianką. Po prostu nie mam potrzeby jedzenia mięsa i już. Dlatego - jeśli już będę Was atakować przepisami, to czasem będzie to mięso, a czasem nie. Bez reguły...

Dziś, dla zachęty - a jakże - soczewica. Najlepsza do tego przepisu jest z rodzaju Dupuy, bo duża. Ale brązowa i czarna też dobrze smakują w tej wersji. Nie polecam tylko czerwonych połówek z przyczyn oczywistych.

Zatem - na dwie łakome osoby przygotowujemy taka porcję: kubek suchych ziaren myjemy, płuczemy i zostawiamy do namoczenia na pół godziny. Gotujemy tą soczewicę do miękkości i odcedzamy, ale tak, zeby ciut, ciut płynu pozostało. Solimy pod koniec gotowania, do smaku.

W międzyczasie - siekamy drobniutko sporą cebulę i dwa ząbki czosnku. Rozgrzewamy w rondlu sporą łyżkę masła i pomału smażymy cebulę i czosnek. Pomału, inaczej czosnek sie przypali i będzie charakterystycznie pachniał.  Kiedy cebula będzie już złocista, dosypujemy łyżkę cukru (ja używam tylko brązowego; myślę, że białego będzie trzeba wsypac mniej) i nadal pomału karmelizujemy tą cebulę na złocisto. Potem dodajemy ugotowaną soczewicę, sporo świeżo zmielonego czarnego pieprzu, ulubioną przyprawę - ja daję przyprawę orientalną z płatkami róży, która pachnie obłędnie i dobrze podkreśla smak soczewicy, ale myślę, ze garam-masala czy chana-masala ze szczyptą cynamonu też się sprawdzą. Na koniec duża garść rodzynek i pół godziny duszenia na maleńkim ogniu, pod przykryciem. Jeśłi soczewica nie była odsączona "na sucho", nie powinna się przypalać. W razie czego podlać łyżką wody i też będzie dobrze. Ma być słodkawa, pikantna, soczewicowa...

To danie pojawia się w moim domu często - do ryżu, marchwi z sezamem, kawałków usmażonego kurczaka i warzyw albo "na smutki". A że dobrze smakuje na zimno, można w lunch - boxie zabrać do pracy (jak coś zostanie). W podobny sposób robiłam też cieciorkę (wyznaję - puszkowaną) i zamierzam spróbowac z fasolą adzuki. Trzymajcie kciuki ;-)

Może wstawię zdjęcie?

17:01, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 października 2009

Mariusza nie ma dzis wieczorem... Jestem ja i dźwięk. Muzyka, którą kocham, która...

uprzedzam, jest mroczna. Mroczna w tym sensie, w jakim ja rozumiem to słowo - przejmująca do głębi, seksualna przez rytm, dźwięk, tembr głosu...

Posłuchajcie. Kto wytrwa do końca? Kolejność zamieszczonych utworów - przypadkowa. Każdy jak fizyczna rozkosz. Słodka, niezdrowa, odurzająca, rozedrgana.Zakazana, smakowana ukradkiem...

1.

2.

3.

4.

5.

6.

I nie koniec to - dzis wieczór głównie towarzyszy mi Mozart. Śpiewam wraz z tenorami Credo, nasycam się śmiertelną słodyczą Requiem...

A przede mną jeszcze kontratenory - posmakujcie tego, zachwyćcie się Cara Sposa, Pianti sospiri i muzyką Purcella, która jest jak ciężkie, mocne wino...

A potem kiczowata i dramatyczna Emma Shapplin - możecie już zamknąć przeglądarkę. Reszta jest moją  tajemnicą.

22:44, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 września 2009

Na szczęście dla Was nie mam ciągot poetyckich, którymi mogłabym zadręczać :-)

Za to są inne sposoby...

Po pierwsze - dostałam pękatą przesyłkę od Brahdelt. Nie pokażę Wam teraz, co w niej było, bo muszę się jeszcze nacieszyć w samotności. Pomysły w każdym razie pojawiły się tuż po otwarciu przesyłki, więc musiała zostać naładowana przez Brahdelt pozytywną, robótkową magią. Strasznie lubię w każdym razie to, co w niej znalazłam! I jakie to miłe, otrzymywac takie świetne pakiety ;-)

Po drugie - jako że jest jesień, pora roku dla mnie wręcz musująca radością robótkowania, pozwoliłam sobie na próbę realizacji dawno interesującej mnie techniki - filcowania igiełkami. Ze wspaniałego miejsca zwanego Krainą Filcu idą już do mnie czesanki, igiełki i specjalna obsadka. A koledzy z projektorni zdobyli dla mnie swietny kawał mięsistej gąbki, która zastąpi mi matę do filcowania (taka mata to szalone pieniądze, których nie mam...) Co będę filcować? Na początek - próbną płaską broszkę w moich ukochanych kolorach turkusowo - morskich. a potem, jak już dojdę do wprawy w spilśnianiu - mam w planie toczek - kapelusik do kostiumu Amber. Taki fikuśny, nasunięty na jedno oko, z woalką, piórami, dekoracjami i ogólnie bardzo pyszny.  Filcowy, rzecz jasna. A zaraz potem mongolska czapka, spiczasta i w tysiącu kolorach.

Po trzecie - zapisałam się do kolejnej wersji Secret Pala. I do zabawy związanej z jesienią, której motywem przewodnim jest liść.

Po czwarte - przyszedł już sztruks na moją torbę, więc czas siąść do szycia ;-)

10:16, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 września 2009

Wtulona w Mariusza, z ciepłym ciężarem kota u stóp długą chwilę słuchałam głośnego szumu. Deszcz padał bardzo silnie, było ciemno - całą sobą poczułam, że wreszcie zaczyna się jesień. Być może to efekt przyjścia na świat w listopadzie, ale ja kocham deszcz i jesień. Czuję się wolna w jesieni. Lubię długie, ciemne wieczory...

***

Ocieplacz na czajnik mnie załamuje. haft do niego rozpoczęłam chyba pod złą wróżbą, bo nie mogę go skończyć... Teraz wymyśliłam koncepcję w całości patchworkową, ale brak mi pewnych kolorów szmatek. Oj, czuję presję tworzenia...

***

Amber jeszcze nie przybyła. A mnie już tak korci do lalkowego szycia, że ho,ho... pomysły snują mi się po głowie, czasem na widok pięknej tkaniny aż mnie korci, zeby siąść do szycia. A lalki jeszcze nie ma i długo nie będzie. Przy takich opóźnieniach, jakie ma DollZone, dużo czasu jeszcze upłynie. A tu wraz z ujrzanymi tkanianmi jeszcze i stylizacje rozmiate przychodza mi na myśl...

***

W przyszły poniedziałek znowu zaczynam tańczyć. Czy to nie jest wspaniałe? Nie mogę sie doczekać, moje ciało aż prosi o rytm i zmysłowy ruch.

12:53, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 września 2009

Pod moim domem błąkał się kot. Nakarmiłam go w środę rano, nakarmiłam w środę wieczorem... Bury z białym krawatem, wystraszony, chudy. Bardzo, bardzo głodny. Jadł z ręki drobiowe serduszka i cichutko prosił, żeby go nie straszyć.

w czwartek rano też tam był - z przetrąconą łapką. Uprosiłam Mariusza, żeby przyniósł transporter, bo chciałam dostarczyć biedaka do lecznicy. Kot dał się wziąć na ręce, ale nie dał się włożyć do klatki. Zaczął uciekac, a ja jak idiotka złapałam biedaka za ogon. Nie wykazałam się rozumem, w ogóle nie wykazałam się pomyslunkiem - moja ręka była szybsza niż myśl i w rezultacie kot mnie ugryzł. Nie mocno i nie złośliwie, ale złapał zębami, zeby postraszyć.

To było własnie tak. A teraz biorę szczepienie przeciw wściekliźnie, mam kalendarz szczepień jak pies. A kot w niedzielę wieczorem chodził już na wszystkich łapach. Szkoda tylko, ze ktoś musiał go znowu wystraszyć, bo wczoraj wieczorem juz go nie było

Poza pokąsaniem przez kota mam się dobrze :-)

W piątek pojechaliśmy ze Przyjaciółmi nad jezioro. Widziałam dwa nietoperze na rynnie domku, jak plotkowały sobie o sobie tylko wiadomych sprawach. Mój Miły nową wędką złapał rybę, opłaciwszy pierwej pozwolenie rybakowi (jezioro jest sprywatyzowane, jakkolwiek to brzmi). Ulepiłam glinianego kota, który spojrzeniem daje znać, że jest z siebie zadowolony; odkryłam przy tym, że tkaniny lepiej mnie słuchają.

W niedzielę zrobiliśmy kilkugodzinny spływ kajakowy po Słupi. Czternaście  kilkometrów i kawałek jeziora. W górnym biegu kajak regularnie szorował dnem o kamienie, jako że wody było najwyżej na stopę. Mieliśmy wywrotkę, ja miałam uczucie złości, z którym walczyłam, kajak był jednym z najgorszych, jakich dosiadałam. Ale wrażenia wspaniałe, jak zwykle przy kajakach. Dojrzewamy pomału do posiadania własnego sprzętu, bo to wspaniały sport i sposób spędzania czasu. No i w tym roku, dzięki rękawiczkom rowerowym od Mariusza nie miałam odcisków między kciukiem a pozostałymi palcami. Bo w zeszłym roku, kiedy zrobiliśmy sobie jednodniowy spływ w górę rzeki i z powrotem, miałam okropne otarcia. Na jeziorach tak się nie dzieje, nie wiem, dlaczego.

Zdjęć nie mam. Za to od śmiechu na tej rzece bolał mnie brzuch. Wszyscy się śmialiśmy, tylko małoletni syn znajomych całą energię koncentrował wewnątrz, na cieple. Bo po wywrotce w rzece w sumie wszyscy mocno zziębliśmy... Za to jak nam smakowała gorąca herbata z cytryną...

 

10:43, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 sierpnia 2009

Nitkowo mi ogłosiła candy, w skład którego wchodzi mnóstwo ślicznych szmatek. Od razu zobaczyłam oczami wyobraźni pomysły na patchworki...

O candy poczytacie sobie tu.

A na zachętę - zdjęcie słodkości.

12:32, maroccanmint , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 sierpnia 2009

Jestem już w Gdańsku - mojego Miłego ściągnięto do pracy, zatem ja siedzę w domu, przeglądam wzory haftów, patchworków, zasoby tkanin i włóczek i wstążek. Idzie jesień, a z nią długie wieczory, szybkie zmierzchy, złote liście i deszcz...Kocham jesień i deszcze, pewnie dlatego, ze urodziłam się w listopadzie. Nie mam przekonania do upalnego słońca, nie ładuje mnie ono energią jak niektórych, dlatego też na zwiedzanie ogrodu wybierałam się rankami, kiedy jeszcze rosa i chłód. Oto, co widziało oko mojego aparatu :-) Uprzedzam, że zdjęć jest bardzo wiele, więc niecierpliwym doradzam strategiczny odwrót :-)

Najpierw wiciokrzew, wspinający się po płocie - zachwycają mnie trąbeczki jego kwiatów, delikatne płatki zebrane w kiście...

 

 

Hortensje - może nieco pretensjonalne, może ciut nadęte? Ale i tak ładne, świeże o świcie. Hortensje mojej Matki mają odcień niezdecydowany, różowią się, a jakby jednak chciały zniebieszczeć...

Krokosmie też się udały. Za sąsiadów mają tymianek i oregano i wielkie kępy mięty. Są bardzo skromne i urokliwe.

Oczywiście kot towarzyszył mi na każdym kroku w taki bardzo psi sposób.

Opryskałam ją kropelkami rosy, widzicie niezadowolenie w wyrazie uszu? :-)

Ale to nie koniec... Są jeszcze róże rozmaite, pelargonie o wspaniałym odcieniu czerwieni, skromniutkie aksamitki na tle poważnego bluszczu i... chinka. No, nie taka skośnooka, ale tez urocza. Zrobiłam trawnikowe zdjęcie ręcznie malowanej porcelanowej puszki na herbatę, wygrzebanej oczywiście w rupieciarni w Bierzwnicy. Posłuzy mi jako pudełko na naboje do pióra ;-)

I wreszcie chinka :-)

11:01, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (4) »
czwartek, 06 sierpnia 2009

Na wyczekanym, upragnionym urlopie... z pracy dzwonili tylko dwa razy; odwożąc moją Siostrę na lotnisko zgubiliśmy się w Berlinie, a potem jeszcze w Polsce (naprawdę, na prostej drodze! :-) ); w niemieckim markecie zaopatrzyłam się w gopodarczą chemię na resztę roku (ale akurat zawsze tak robię, bo niemieckie proszki, płyny d płukania i preparaty czyszczące są o wiele lepszej jakości i wydajności od krajowych, nawet tej samej marki)

Mam ze sobą tylko małą drutowankę i wyszywankę. Kupuję włóczki w second handach - o, na przykład takie:

Zaglądamy też do naszej ulubionej rupieciarni w Bierzwnicy. Zachęcam - można tam znaleźć takie cuda jak nasza Sofia, swieczniki, które kiedyś służyły do mszy w protestanckich kościołach albo...taki okrętowy zegar, wybijający szklanki:

Tu w fazie czyszczenia - widać już pastę polerską i ...polerowacza :-)

Zdjęcia w kuchni mojej Mamy, Mariusz i jego bombilla - w pełni szczęścia :-)

 

 

11:59, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (1) »
piątek, 31 lipca 2009

Dwa kroki od domu, w odległości 10 minut spaceru mam maleńki park, założony nad nowo uregulowanym korytem rzeczki Strzyża.
Chodzę tam sobie częst - tam dziergałam mój pierwszy chusto-pas do tańca, tam sobie czasem zabieram ręczne pikowanie małych rzeczy albo butelkę z wodą i książkę. Zazwyczaj siadam w pawilonie, bo nie znoszę słońca (za jasna skóra), dziergam, myślę, czytam... Wyłączam się. Zdarza mi się nawet pójść tam na godzinkę przed pracą. Dla relaksu i nabrania oddechu. Ignoruję spojrzenia gapiów i wrzaski dzieci, których tam zawsze pełno. Nie daję się nabrać na wspólczujące zagadnięcia starszych pań "że też pani się tak chce..."

Po prostu... na ławce w parku.

Pewnie jesienią, kiedy spadną liście, będę zabierać tam moją Amber - akurat przyjedzie we wrześniu...

12:38, maroccanmint , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lipca 2009

W moich kolorach, więc nie mogłam się powstrzymać... Zdjęcie oczywiście zwędziłam od Brahdelt :-)

11:47, maroccanmint , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3