piątek, 18 czerwca 2010

Robótkowe, oczywiscie. Z racji mojego paluszka nic precyzyjnego zrobić nie mogę. Owszem, uszyłam mojemu torebkę śniadaniową - gruby len, hafowane czerwienią gotyckie "M", wygodne uchwyty - ale to proste szycie, nie wymagające delikatności. Torba chodzi z Mariuszem do pracy, więc nie będzie zdjęcia, ale zapewniam, że kanapki lepiej smakują, kiedy nie przynosi się ich w foliowej torebce :)

Mogę filcować igiełkami - jestem zatem w trakcie filcowania w wolnych chwilach kulek na kolczyki. To co, że jest ciepło? Filcowe kolczyki są fajne zawsze, leciutkie i mile dyndają przy uszach. Tyle, że kulek nie mogę wykańczac na mokro na razie.

No i moja Yan wróciła z zabiegu chirurgicznego. Dostała też nowe oczy :0

A jej siostra z Dollstowna zostanie zamówiona, kiedy tylko kurs dolara troszę spadnie, bo na razie to boleśnie wysoki jest, oj jak boleśnie...

11:52, maroccanmint
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 czerwca 2010

Wszyscy umawiają się na publiczne dzierganie... a Gdańsk? Ja tam wprawdzie się nie krępuję, szyję, wyszywam i szydełkuję w parku, ale co to za publiczność, jak jestem sama ^^

Więc jak będzie? Umawiamy się jakoś?

 

10:29, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 czerwca 2010

Ponad tydzien temu wybralismy się z Mariuszem do Poznania. Ja poznawałam nowe umiejętności, Mariusz na zielonej trawce czytał i drzemał. Pogoda była dobra na taki relaks. Herbatka pokazywała, tłumaczyła ustnie i ręcznie, ustawiała nieposłuszne łokcie i stopy... Po pierwszym warsztacie byłam gotowa do rejterady, ale zatrzymały mnie Blanka z Herbi. Druga część była trudniejsza, ale i przez obserwację można się nauczyć.

Mam od Blanki kilka zdjęć, że że nie zdobyłam zgody od wszystkich uwiecznionych, to ich nie umieszczam...

Niestety, zanim wsiedliśmy do auta, żeby ruszyć w drogę powrotną, zadzwoniła moja Mama z tragiczną, straszną wieścią. Bardzo naszej rodzinie bliski Krewny zmarł tego dnia nagle, popołudniu. Ciężko nam było wracać, smutno, nie do opisania...

I tydzien też nie był lepszy. Jak prowadzić Kino na Obcasach i uśmiechac się do dwustu kobiet, kiedy myśli się o tej jednej, która nie miała okazji pożegnać ukochanego męża? To nie było najbardziej udane moje KNO, nie jestem aż taką profesjonalistką, by całkowicie odłożyć na bok uczucia i myśli...

Następnego dnia, zdenerowana nieporządkiem w MOIM magazynie z materiałami filmowymi prawie ucięłam sobie palec nożem do otwierania kartonów. Wskazujący palec prawej ręki. Rany, ale nabrudziłam w kinie... Krew z korytarza i łazienki umyła po mnie Koleżanka z biura, chirurg nakleił pięć zewnętrznych szwów i tak chodzę z zabandażowanym paluchem. Ani wygodnie pisac, ani schwycić. Że o szyciu i tym podobnych rozrywkach nie wspomnę... Jeszcze tydzień.

W sobotę mielismy być na weselu. Z racji sytuacji rodzinnej byliśmy na ślubie i kolacji, część weselną opuszczając. Ku mojemu zdziwieniu obecnie na weselach nosi się czerń. Dwie osoby ubrane były na czarno, w tym siostra panny młodej. Naprawdę byłam zaskoczona. Zawsze mi się wydawało, że na uroczystości ślubno - weselne goście ubierając się unikają dwóch kolorów - bieli i czerni. Widocznie coś się zmieniło. Chyba zacznę uczęszczac na okoliczne śluby, bo się pogubiłam.

w kazdym razie - Państwo młodzi zadowoleni i szczęśliwi, zostawilismy ich hasających i wrócilismy do domu...

W niedzielę Mariusz reaktywował swój rower. Dobrze mi było, jechac sobie z nim razem, pokazywać miejsca, w które jeżdżę w dni wolne od pracy, jeść lody w słońcu i cieszyć się jego obecnością.

Wczoraj świętowaliśmy siodmą rocznicę ślubu. Wino było gęste i słodkie jak miłość, róże pachniały pięknie, a jego spojrzenie... Cóż, to już tylko moja historia i nie opowiem Wam jej ^^ Może za pięćdziesiąt lat...

***

Przez to wszystko bardzo zaniedbałam różne rzeczy. Moja lalka siedzi sobie w Gdyni u Eff, która ładnie skróciła jej i wyszczupliła szyjkę.

No i nie pochwaliłam się kominem, który zdobyłam na rozdawajce blogowej u Fiubździu. Komin i cała masa kolorowych kłębków kordonka przybyły do mnie pocztą, ślicznie zapakowane. Co za kolor... morski, tak chyba da się go opisać. Zobaczcie - włożyłam do środka kartkę białego papieru, żeby uwidocznić wzór, bardzo ażurowy i delikatny. Niepojęta jest dla mnie sztuka robienia na drutach, nigdy jej chyba nie pojmę...

W kazdym razie - mój komino - golf będę nosić jesienią z brązem, szarością, szafirowymi i turkusowymi odcieniami. Jest świetny. Dziękuję najpiękniej, drutowa wróżko :)

 

12:11, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 maja 2010

Niezależnie od tego, co jutro usłyszę od Herbatki na warszatatach,danina krwi dla ATS została złożona. Dziś robiąc frędzle wbiłam sobie wielkie krawieckie nozyce we wskazujacy palec lewej dłoni. blisko stawu. MHHHHHH, miałam ochotę zawrzasnąć, ale jestem godna, więc tylko w duszy zawyłam, a potem spokojnie starłam krew ze stołu. Włóczka nie ucierpiała.

Frędzle są, tylko jak je ze sobą połączyć?

11:01, maroccanmint
Link Komentarze (3) »

Zaglądam tu dziś i widzę, że blox zeżarł mi pół wczorajszych moich wypowiedzi o ATS, tych bardziej osobistych. Pieknie. Czyli to by było na tyle, jeśli chodzi o poczucie wspólnoty w tańcu, integrację dzięki muzyce i rytmowi i inne tego typu.

A przecież właśnie to mnie w tym gatunku tanecznym pociąga. W klasycznym tańcu brzucha piękna jest płynność, słodycz ruchu, precyzja języka ciała, czyste linie. W american tribal style piękna jest wspólnota. I chwosty :P

Za te chwosty zaraz się zabieram. Niestety, nie zdążyłam wyhaftować do końca mojego nowego pasa, a co dopiero wykończyć go koralikami i muszelkami kauri, zabiorę więc ten stary. Tylko dodam pompony, bo mam taką chęć. Musze to zrobić przed pracą, gdyż mam dziś nocną zmianę a jutro jedziemy wcześnie rano.

***

Kasiu, ten niebieski kolor jest spełnieniem marzeń florenckich mistrzów o błękicie, serce mi to mówi ;-)

09:30, maroccanmint
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 maja 2010

Dziś będzie uczenie i encyklopedycznie, z mnóstwem zdjęć, linków, odnośników i przeprosin za niezrozumiałe wypowiedzi.

Po pierwsze - tajemnicze zillsy. Zillsy to instrument muzyczny, cztery mosiężne talerzyki zakładane na środkowy palec i kciuk każdej dłoni. Wybija się nimi rytmy, podkreśla ruch i ogólnie, jakby powiedział mój kot, hałasuje do kwadratu. Dźwięk przez nie wydawany jest bardzo różny. Może być melodyjny, może być metalicznie klekoczący, może trzaskać. Moje juz nadeszły, są tureckie, małe (dwa cale) i dźwięczą dość dobrze, na ile wolno mi się wypowiadać w tej kwestii...

Oto one:

Po drugie - moja spódnica na warsztaty.

Oto zdjęcia z frontu walki:

Efekt przeszedł moje oczekiwania, chociaż tkanina podła (bo to satynowa podszewka). Teraz kombinuję, skąd by tu wziąć sześć, siedem metrów batystu w płomiennym odcieniu czerwieni albo spłowiałego turkusu?

Po trzecie - Gazelle. Moja. Jedyna. Słodka. Na plaży.

I jeszcze o ATS, warsztatach i o tym, dlaczego to dla mnie ważne.

Najpierw uczenie, czyli żywcem zerżnięte z Wikipedii:

American Tribal Style (ATS, American Tribal Style Belly Dance) - najstarsza odmiana tribalu, która polega na wykonywaniu zbiorowej improwizacji. ATS został stworzony przez Carolenę Nericcio (założycielkę grupy FatChanceBellyDance) na początku lat 90-tych XX wieku.

American Tribal Style jest improwizowanym, z założenia wyłącznie kobiecym, tańcem grupowym (nie ma w nim miejsca na z góry ustalone choreografie). To lider, który w danej chwili prowadzi grupę decyduje, jak będzie przebiegać improwizacja. W czasie jednego tańca lider może się zmieniać wielokrotnie.

American Tribal Style to skończony zestaw ruchów, niektóre z nich poprzedzone są odpowiednim (zauważalnym tylko dla grupy) sygnałem, co ułatwia zbiorową improwizację. Grupa tańczy synchronicznie, co może tworzyć złudzenie choreografii.

W zależności od tempa i rodzaju muzyki wyróżniamy dwa rodzaje ATS - wolny i szybki. Różnią się one nie tylko tempem muzyki, ale również używanym zestawem ruchów. Ponadto wykonując szybki ATS tancerki grają na saggatach, które stały się integralną częścią tego gatunku tanecznego.

Nieodłącznym elementem tego tańca jest także charakterystyczny strój, który zazwyczaj składa się z długiej, obszernej spódnicy, pod którą zakłada się haremki, krótkiej dopasowanej bluzki (choli), bogato zdobionego biustonosza, turbanu oraz podkreślającego ruchy bioder pasa, do którego często przyczepione są frędzle, pompony lub chwosty.[2] Ważnym elementem stroju jest również biżuteria.

 

 

 

22:08, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
środa, 19 maja 2010

Ponieważ ciągle zimno i ciągle mam nocne zmiany, przez co Gazelle nudzi się w piwnicy, zdana jedynie na towarzystwo kurzu, zabrałam sie za ambitny projekt.

Pragnę bardzo pojechać na warsztaty ATS prowadzone pod koniec maja przez Herbatkę. Moja miłość do ATS nie wygasła, nie umarła, a jedynie przytaiła się nieco. Zamierzam więc uszyć sobie odpowiednią zamaszystą spódnicę, pod którą będę ukrywać braki techniki (taki żarcik, bo generalnie nic nie umiem, ale zamierzam się nauczyć). A w oczekiwaniu na zillsy i tkaninę haftuję pas. Wąski pasek, który obwieszę pomponami, a który zżera moją cierpliwość. Bo zaiste, zachciało mi sie nawiązywać do afgańskich wzorów i do tkanin banjara oglądanych niegdyś w sopockim Kardamonie.

Haftuję na czerwonym bawełnianym płócienku, dość mocnym by unieść haft płaski pokrywający duże powierzchnie. Przypomniałam sobie też inne techniki hafciarskie z czasów mojej młodości (hi, i...), zatem część płaszczyzn wypełni łańcuszek gęsto nakładany. No i koraliki, rzecz jasna.Szkoda tylko, że muszelki kauri, które zaplanowałam jako integralne część, są już... niemodne. Pasowałyby mi, rozjaśniłyby całość.

Acha - życzę sobie, żeby miejscami czerwień tkaniny była widoczna, zatem będą wolne od haftu miejsca. A teraz zdjęcia. Dzis ciemno, toteż korzystałam z możliwości Picasy.

No nic, kolory zupełnie od czapy, jak powiadała Ewa z Kołderkowa.

Mam jeszcze z godzinkę przed pracą, zdążę "wydłubać" kolejny mały element.

 

12:31, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
środa, 12 maja 2010

Moja chęć zakupu lalki w dollstownie odsunęła się nieco z powodu nowego zakupu zaburzającego mi  budżet. Nowy zakup jest w kolorze czekoladowo - metalicznym, ma dwudziestoośmiocalowe koła, skórzane popękane siodło, hamulec tylny i bogatą przeszłość. Kupiłam rower moich marzeń! To holenderska Gazelle Impala, używana, bez przerzutek, bez przednich hamulców, z klasyczną damską ramą, pięęękna! Od wielu lat o takim marzyłam, żaden inny by mnie nie zadowolił. Brak mojej Gazeli tylko koszyczka na kierownicy, ale to nie problem, bo sobie dokupię ^^

Zdjęcie poglądowe TU, a moje będą jak tylko aparat wróci do domu.

W każdym razie - wczoraj moi Pracownicy orzekli, że pasujemy do siebie, ta moja Gazelle i ja. Obie jesteśmy troszkę nie z tej epoki :)

Dziś, korzystając ze słońca i dnia wolnego wyprawiłam się do Sopotu. Gdańsk to ma do siebie, że w większość miejsc dla się dojechać rowerową ścieżką. Więc pomału, rozkoszując się przyjemnością ruchu jechałam nad morzem, jechałam aż nagle odkryłam, że jestem w Sopocie. No, to w różowym barze przy plaży wypiłam kawę i z "czarnym paliwem espresso szumiącym we krwi" wróciłam do domu. Swoją drogą - uwielbiam to zdanie z książki Frances Mayes. "Czarne paliwo espresso szumi we krwi, strzałka szybkościomierza podnosi się..." To takie prawdziwe...

Ja co prawda nie rozwijałam jakichś zawrotnych prędkości, ale było mi błogo.

I wiecie co jeszcze mi się podoba? Będę mogła jechać w sukience, albo w spódnicy i nie martwić się, że pokazuję bliźnim... kino, jak mówiło sie na moim podwórku w dziecięcych czasach.

***

To nie koniec zakupów.

Zainwestowałam w zillsy, bo miałam taką chęć. Idą sobie do mnie cztery talerzyki o niedużej średnicy, złociste i grawerowane. Jak sobie myślicie - czy jak w parku nad morzem będę ćwiczyć izolację taneczną i grę na zillsach, to ludzie będa się gapić bardzo czy tylko tak trochę? Bo w domu to kiepsko tak hałasować, kot się załamie... ^^

Przyszła też do mnie nowa taneczna chusta. Już myślałam, że z tego wyrosłam, ale jednak nie. Tym razem kupiłam taką z dzwonkami zamiast monetek. Bardziej szumi niż dzwoni, ale ładnie podkreśla twistowe ruchy bioder.

A teraz siadam do szycia i filcowania. Mariusz będzie bardzo późno w domu, więc zupa soczewicowa dla pokrzepienia po ciężkiej pracy wkrótce się będzie gotować.

I wiecie co?

Grzmi. Zdążyłam do domu przed burzą.

 

 

14:21, maroccanmint
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 kwietnia 2010

...jak to pięknie określiła w komentarzu Brahdelt.

Bynajmniej nie ciąża, nie nie... Tylko spasienie.

Więc oznajmiam: ważę obecnie 65 kg. Zwykle ważyłam 60 kg. Różnica uwidacznia się w zwiększonej obfitości bioder, brzucha i ud. Przeszkadza mi bardzo. Od dziś z nią walczę.

Wiem, co mnie tak załatwiło: moje uzależnienie od słodyczy, które obecnie zaczyna przybierać niebezpieczną formę. Jeśli na żądanie mojego uzależnienia nie zjem czegoś słodkiego, zaczynam mieć zawroty głowy, jest mi słabo, robię się zdenerwowana, osłabiona... Nie, nie mam cukrzycy, poziom cukru podczas kontrolnych badań trzymał się normy. To tylko uzależnienie od węglowodanów prostych. Prosta droga do nadwagi i chorób.

Cieszę się, że zaobserwowałam to teraz, kiedy mam tylko pięć kilogramów do zrzucenia i stosunkowo łatwo będzie mi zostawić moje uzależnienie. Rzecz jasna, nie wyobrażam sobie, że wrócę do dawnej wagi w ciągu tygodnia.

Mój plan:

* rezygnacja ze słodyczy podjadanych w ciągu dnia. W końcu - żeby było śmieszniej - tak naprawdę lubię tylko gorzką czekoladę. To mój nałóg skłania mnie do zjadania byle czego, byle z cukrem

* powrót do starych nawyków - tylko pełnoziarniste produkty, tylko nieprzetworzona żywność - żegnajcie, pączki z białej mączki ;-) Trudno mi się będzie rozstać z makaronami z semoliny, więc zamiast z nich rezygnować, rozsądnie je ograniczę. Razowe i pełnoziarniste też lubię ;-)

* niestety trzeb będzie zamienić białko ze strączkowych na białko zwierzęce. Chociaż w pewniej części. Nie przepadam ze mięsem, tak naprawdę tylko surowe mnie interesuje; to pewnie atawizm wywodzący sie z mojej zerowej grupy krwi. Ale cóż. Witajcie piersi z kurczaka i indyka, chude i dietetyczne.

* dobrze, że lubię ryby, one mnie ratują

* no i punkt główny, który bynajmniej nic nie zmieni w moim życiu: warzywa i owoce. Mam do nich namiętność, którą zamierzam wykorzystać jak broń, dobrze wyważone ostrze we wprawnej dłoni. Wszelkie warzywa poza dynią, przybywajcie. Poza dynią, kabaczkiem i bakłażanem, znaczy.

Uprzejmie proszę o rady, wskazówki, przepisy i wsparcie.

 

 

13:27, maroccanmint
Link Komentarze (4) »
środa, 21 kwietnia 2010

Też filc. Wcale nie jest zbyt cieplo na filc!

Ta jest dla Siostry mojej wlasne. Kolory po mojemu, dziwne...

20:35, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16