poniedziałek, 26 października 2009
Dostałam dziś potwierdzenie, ze przesyłka z Chin jest już w Polsce! Teraz czeka ją przygoda w urzędzie celnym, podróż z kurierem i na koniec spotkanie ze mną :-) Hurra, hurra... może dostanę ją w moje ręce już w tym tygodniu? Jest jesień, więc w grę wchodzą tweedy, filcowy kapelusz nasunięty na jedno oko, włosy rdzawe i upięte w kok... Batystowa halka z falbanami, czubki trzewików trącające liście, futrzana mufka chroniąca od chłodu. Zupełnie jak w "Klaudynach" Colette, za którymi przepadam... Jak fajnie, ze to już.
11:04, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 października 2009

Pamiętacie, co to słowo oznaczało albo skąd pochodzi? Ja nie pamiętam, ale uczepiło się moich myśli, chodzi ze mną wszędzie i ogólnie rzecz ujmując mam już kompletną szagmę. A dlaczego?

PO pierwsze -dlatego, ze przyszły moje czesanki - mam szagmę na tle filcowania. Długo jeszcze będę się wzorowac na lekcjach i pomysłach osób lepszych w tym ode mnie - dużo jeszcze czesanki zmarnuję zapewne, ale ta forma kreacji rzeczy pięknych i przy tym użytecznych wciągnęła mnie na amen. No, ale zajmuje drugie miejsce, po szyciu, na które mam jeszcze większą szagmę ;-) A przy okazji szycia - kawał tkaniny, którego upolowaniem chwaliłam się ostatnio, po upraniu zajaśniał jeszcze piękniejszymi, żywszymi kolorami. Ach, żeby tak mieć wolny dzień...

Po drugie - dlatego, że przyszły pończoszki dla mojej Amber, a samej Amber ani widu, ani słychu. Basia z Villemoart doniosła mi, że zamówienie w sumie jest gotowe i powinni je wysyłac z Chin "na dniach". Może moja biedna lalka idzie pieszo? Zamówiłam jej wprawdzie dobre buty, ale... :-)

Pończoszki uszyła ATsuri - link do jej lalkowych projektów znajdziecie po prawej stronie. Proszę, rzućcie okiem, jak swietnie ona szyje :-) Trzy pary bieliźnianych cudeniek przyszły romantycznie zapakowane w bibułkę, ze wstążką i różyczką... Są super uszyte, ładnie wykończone, a na dodatek - moja maszyna nie szyje sztucznych włókien, więc często będą do mnie spływać. W różnych kolorach ;-) Tym razem - czarne, kremowe i brzoskwiniowe.

Po trzecie - strasznie dawno tu nie zaglądałam, a na blogu Agi czekało sobie na mnie takie oto wyróżnienie:

Wyznaję, ze zrobiło mi się miło ogromnie! A teraz przekazuję je wszystkim, których blogi pilnie śledzę. Bo wszystkie godne są uwagi, zachwytu, każdy na swój sposób przenosi czytającego do świata, w którym pasja tworzenia osoby piszącej blog widoczna jest jak na dłoni. I w której to pasji można się ogrzewać i napawać natchnieniem.

***

Szagma. Filcowy kwiat pierwszemu, kto mi przypomni, co to do licha było takiego?

 

13:25, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 października 2009

Torebka - kieszonka powstała z inspiracji świetnymi filcowymi pracami, które oglądałam na blogach Bergamotki, Kasi z filcowanek i Oli Smith. Głównie Kasi ;-) jeśli porównać oryginały i mój wytwór, widac jak bardzo, bardzo wiele nauki jeszcze mi potrzeba. Niemniej jednak jestem zadowolona choćby z tego, że się odważyłam na większą rzecz.. Ale mój autorski pomysł to nie jest, żeby nie było wątpliwości ;-)

A torebka z zielonym królikiem pójdzie do mojej Siostry Zuzy. Wierzę, że spodoba jej się sama forma. A nad wykonaniem popracujemy ;-) Może ktoś mi zdradzi, jak zlikwidować dziurki po igiełce do filcowania?

***

Z rzeczy innych - miałam już wysyłać rzeczy do kramiku dla Bożenki, ale dziś upolowałam fantastyczny kawałek tkaniny w niby-orientalne wzory, w ciepłych barwach. Więc będzie poduszka za kilka dni, najpierw kupię tylko ocieplinę. Ale mam już nawet karton do wysłania tego wszystkiego - mocny, kwadratowy, wzięty z pracy. Po nachosach ;-)

22:43, maroccanmint
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 października 2009

Moje pierwsze próby przekonały mnie, że za każdym razem skąpię czesanki. Wydaje mi się, że będzie za grubo, że zrobią się jakieś gruzły... a tymczasem mam w efekcie dziury. Sporo czesanki poszło do kosza na śmieci, a ja wzbogaciłam się o doświadczenie - i nowe zamówienie.

Dziś ufilcowałam torebkę - kieszonkę na pasek. Będę musiała dofilcować ją na sucho igiełkami, potem dodam dekorację, szlufki i guzik i będzie gotowa. Dobrze, ze jutro mam wolne.

Królik będzie dofilcowany na sucho, więc nie jest jeszcze dobrze wykończony. Co do torebki - widać, gdzie źle ułożyłam włókna, gdzie dałam za długie pasma. Na szczęście nie widać miejsc, gdzie przyfilcowywałam suchą czesankę, bo była cienizna. Jeśli mi sie uda doprowadzić ją do użytku, przekażę ją na rzecz Bożenki. Jeśli będzie wyglądać przyzwoicie.

A tu moje kwiaty - bezimienny

i liść łopianu ;-) z bliska. Ależ on mnie wczoraj grzał w szyję!

14:47, maroccanmint
Link Komentarze (5) »
sobota, 10 października 2009

Moja przesyłka z Krainy Filcu dotarła w piątek. No i się zafilcowałam... kapelusz dla Amber jest w fazie wstępnej, a ja mam dwa naszyjniki. Oto Liść Łopianu, ochrzczony przez Mariusza i maroccanmint, która rusza do pracy:

A kolejne czesanki już zamówione...

16:25, maroccanmint
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 października 2009

"B" jak  Brahdelt :-) bo to od Niej dostałam śliczny materiał, który sam narzucił formę i kształt szycia. Zdradzę Wam, że były też inne skrawki, ale one czekają jeszcze na swoją kolej. Ta zielona bawełna z motywem drzew jest mięciutka i delikatna, i idealnie pasowała do kolejnego ocieplacza do Bożenkowego kramiku.

Przedstawiam Wam "Jesiennik" z motywem klonowego liścia.

Więcej szycia tymczasem nie będzie. Skończyła mi się ocieplina, brak mi wkładów do poduszek, za to maszyna po czyszczeniu ma się lepiej niż ostatnio ;-)

Ale chcę jutro, przy okazji dnia wolnego, zacząć szal wedle przepisu Dagny. Wydaje się zrozumiały, nawet przy moich ograniczonych umiejętnościach, więc trzymajcie kciuki, proszę.

środa, 07 października 2009

Jakoś ostatnio rączo mi idzie i pisanie, i szycie. Postanowiłam wprowadzić w życie radę Mariusza i zostawiać pracę w pracy, nie denerwować się i nie gryźć sprawami, na które nie mam wpływu. To działa, naprawdę. A poza tym - zamiast marudzić o braku czasu wzięłam sie w garść i zorganizowałam. Na pewno na mój nastrój wpłynęła moja Instuktorka tańca, która mnie uskrzydliła ostatnio i sprawiła radość pochwałą, ale to nie jedyna przyczyna. Miałam okazję zrobić dla kogoś coś dobrego i dlatego mi tak miło ;-)

Ale do rzeczy. Eda prosiła o zdjęcia, więc miło mi je zamieścić. Proszę, weźcie pod uwagę, ze kuchenny aneksik ma naprawdę trzy metry, a trzeba zmiescić w nim wszelkie dobra i dobytki. Dlatego w szafkach tak tłoczno, co widać przez matowe szybki.

Widać na ostatnim zielonego kota ;-)

Dla Czarcika mam dowód, ze soczewica da się zjeść. Oto nasze pudełka śniadaniowe, przygotowane do zabrania rano do pracy -soczewica w orientalnym smaku i pikantna marchew w sezamie. Porcja godna, na 9-10 godzin wystarcza. Z towarzystwem wielkiego jabłka, rzecz jasna. Bo bez jabłka sie nie liczy.

A ostatnia rzecz, jaka teraz chciałabym Wam pokazac, to dwa małe patchworki, uszyte dla Bożenki. Tu możecie o Niej poczytać, a ja zdradzę, że Bożenka jest tancerką poznaną na forum Belly-dance.pl, cierpi na cukrzycę i zbiera na pompę insulinową. A koleżanki - tancerki urządzają zbiórki i kramik z rękodziełem, zeby Jej pomóc. No to jak się nie przyłączyć?
Będę jeszcze szyła - jutro i w piątek mam dwa dni wolne przed weekendem, więc spożytkuję ten czas najlepiej jak się da. Tymczasem - przedstawiam ocieplacz na imbryk (mam fioła na tle ocieplaczy) i poduszkę. Bloki do tych patchworków byly szyte techniką paper piecing, którą bardzo polubiłam.

Ach - ocieplacz był szyty na miarę moich imbryków, tych większych - Wedgwooda i Grindleya. Wzór bloku - Heart Cat.

Wedgwood wystawia zalotnie dziobek ;-)

A tu poduszka. Uszyta w ciemnych odcieniach, bo taką miałam fantazję :-) Poza tym, sądzę, że jasny róż dobrze komponuje się z czekoladowym brązem i czernią. Wzór bloku - Ray heart, ten sam co w ocieplaczu dla Elaine:

Kieliszek i bałagan pomijamy wzrokiem, w końcu zdjęcie jest wprost z pola walki. Zdjęcie ogólnie ciemne, ale już było baaardzo późno.

Poduszka ma już gotowy wkład z Ikea w środku. To był ostatni, jaki miałam w zapasie, więc kolejne będą tylko poszewkami. Ale to mnie chyba nie dyskwalifikuje?

 

poniedziałek, 05 października 2009

Oglądałam dziś swojego bloga i zainteresowało mnie - dlaczego dotąd nic nie pisałam o mojej kuchni? Przecież spędzam na tych moich kuchennych trzech metrach kwadratowych wiele czasu ciesząc się smakami, aromatami, radością Mariusza...

Zniesiecie mnie, jeśli czasem wspomnę coś na ten temat? Bo ostatnio jakoś mnie korci do uzewnętrzniania swoich przemyśleń. Obiecuję - nie będę nikogo indoktrynować, będę za to się mądrzyć i uważać za kulinarny ósmy cud świata ;-) 

Moja kuchnia to składowisko różności - orientalne przyprawy rywalizują o lepsze z angielskim fajansem z różowo - czerwonymi dekoracjami; na relingu mieszka stara metalowa foremka w kształcie ryby, a nad całością czuwa zielony ceramiczny kot, który ma dla mnie szczególne znaczenie...

I co jada się w tej kuchni? Otóż - przede wszystkim makarony i warzywa. Mój Mąż, wychowany w tradycji niedzielnego rosołu i schabowego, miłośnik bigosu i goloneczki szybko przystosował się do ogromnych ilości klusek wszelakich i mięsa pojawiającego się od wielkiego dzwonu... Pałaszuje soczewicowe kotlety, dysponując do nich coraz to inny sos; zajada się zupą z soczewicy i soczewicą w indyjskim stylu, na słodko i pikantnie. Ja mięso jadam niechętnie, jeszcze najbardziej dam się skusić na coś surowego albo mocno wędzonego, ale kotlety, pieczenie, klopsy mogłyby dla mnie nie istnieć. I to nie dlatego, że jestem ortodoksyjną wegatarianką. Po prostu nie mam potrzeby jedzenia mięsa i już. Dlatego - jeśli już będę Was atakować przepisami, to czasem będzie to mięso, a czasem nie. Bez reguły...

Dziś, dla zachęty - a jakże - soczewica. Najlepsza do tego przepisu jest z rodzaju Dupuy, bo duża. Ale brązowa i czarna też dobrze smakują w tej wersji. Nie polecam tylko czerwonych połówek z przyczyn oczywistych.

Zatem - na dwie łakome osoby przygotowujemy taka porcję: kubek suchych ziaren myjemy, płuczemy i zostawiamy do namoczenia na pół godziny. Gotujemy tą soczewicę do miękkości i odcedzamy, ale tak, zeby ciut, ciut płynu pozostało. Solimy pod koniec gotowania, do smaku.

W międzyczasie - siekamy drobniutko sporą cebulę i dwa ząbki czosnku. Rozgrzewamy w rondlu sporą łyżkę masła i pomału smażymy cebulę i czosnek. Pomału, inaczej czosnek sie przypali i będzie charakterystycznie pachniał.  Kiedy cebula będzie już złocista, dosypujemy łyżkę cukru (ja używam tylko brązowego; myślę, że białego będzie trzeba wsypac mniej) i nadal pomału karmelizujemy tą cebulę na złocisto. Potem dodajemy ugotowaną soczewicę, sporo świeżo zmielonego czarnego pieprzu, ulubioną przyprawę - ja daję przyprawę orientalną z płatkami róży, która pachnie obłędnie i dobrze podkreśla smak soczewicy, ale myślę, ze garam-masala czy chana-masala ze szczyptą cynamonu też się sprawdzą. Na koniec duża garść rodzynek i pół godziny duszenia na maleńkim ogniu, pod przykryciem. Jeśłi soczewica nie była odsączona "na sucho", nie powinna się przypalać. W razie czego podlać łyżką wody i też będzie dobrze. Ma być słodkawa, pikantna, soczewicowa...

To danie pojawia się w moim domu często - do ryżu, marchwi z sezamem, kawałków usmażonego kurczaka i warzyw albo "na smutki". A że dobrze smakuje na zimno, można w lunch - boxie zabrać do pracy (jak coś zostanie). W podobny sposób robiłam też cieciorkę (wyznaję - puszkowaną) i zamierzam spróbowac z fasolą adzuki. Trzymajcie kciuki ;-)

Może wstawię zdjęcie?

17:01, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 października 2009

Mariusza nie ma dzis wieczorem... Jestem ja i dźwięk. Muzyka, którą kocham, która...

uprzedzam, jest mroczna. Mroczna w tym sensie, w jakim ja rozumiem to słowo - przejmująca do głębi, seksualna przez rytm, dźwięk, tembr głosu...

Posłuchajcie. Kto wytrwa do końca? Kolejność zamieszczonych utworów - przypadkowa. Każdy jak fizyczna rozkosz. Słodka, niezdrowa, odurzająca, rozedrgana.Zakazana, smakowana ukradkiem...

1.

2.

3.

4.

5.

6.

I nie koniec to - dzis wieczór głównie towarzyszy mi Mozart. Śpiewam wraz z tenorami Credo, nasycam się śmiertelną słodyczą Requiem...

A przede mną jeszcze kontratenory - posmakujcie tego, zachwyćcie się Cara Sposa, Pianti sospiri i muzyką Purcella, która jest jak ciężkie, mocne wino...

A potem kiczowata i dramatyczna Emma Shapplin - możecie już zamknąć przeglądarkę. Reszta jest moją  tajemnicą.

22:44, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (1) »