sobota, 22 sierpnia 2009

Kocie Candy u Kigi

Nie mogłam sie oprzeć. Bardzo podobają mi się jej broszki, no, a już koty to przecież pasjami lubię :-)

 

14:48, maroccanmint
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 sierpnia 2009

Nitkowo mi ogłosiła candy, w skład którego wchodzi mnóstwo ślicznych szmatek. Od razu zobaczyłam oczami wyobraźni pomysły na patchworki...

O candy poczytacie sobie tu.

A na zachętę - zdjęcie słodkości.

12:32, maroccanmint , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »

Lula zrobiła śliczne candy - zachwycił mnie szczególnie pierścionek i jego kolor. Dawno, dawno temu nosiłam soczewki kontaktowe w tym kolorze - soczysta, mocna zieleń...

O, tu zobaczycie te cukiereczki

***

Kilka dni temu, zła za swoje gapiosto, popełniłam igielnik. Czemu zła? Ano, mam zwyczaj w trakcie szycia wpinać szpilki w bluzkę, na wysokości piersi - taki dziwny nawyk. Dostałam przepiękny biscornu od Lejdik, ale pełni on rolę wyłacznie reprezentacyjną, a szpilki dalej wtykam w odzienie. No i parę dni temu taka uszpilkowana bluzka trafiła do kosza z praniem. Możecie sobie wyobrazić, jak się pokłułam dzień później, wkładając ją do pralki! Rozjuszona własnym niedbalstwem chwyciłam szydełko i machnęłam igielnikową broszkę. Będę ją sobie przypinac uroczyście przed każdym szyciem.

środa, 19 sierpnia 2009

Na początek - bardzo się cieszę, ze przesyłki dotarły już do Brahdelt i Przemka. Wygląda na to, ze poczta polska nie sprawiła mi zawodu, przynajmniej w 2/3 zleconego jej zadania. Co do pozostałej 1/3 - czekamy na wieści :-)

***

Ze spraw bieżących - skompletowałam już piekny karton przyborów szkolnych dla naszej podopiecznej. To miła dwunastolatka, dość dojrzała na swój wiek, którą mamy zaszczyt czasem wesprzeć z powodu jej trudnej sytuacji rodzinnej. Zaczęło się od akcji gwiazdkowej na forum gazetowym i tak już trwa. Wiecie, jaka to frajda przebierać znowu wśród zeszytów, pisaków, piór i rozmaitych różności, które każdy uczeń mieć powinien? To prawie tak przyjemne, jak wizyta w pasmanterii - przyjemność wzmocniona faktem, że komuś jeszcze będzie z tego powodu miło. Brakuje mi jeszcze tylko ładnego kubeczka w prezencie szkolnym dla niej, żeby mogła pić z niego herbatkę przy śniadaniu i odrabianiu lekcji :-) I jutro przesyłka rusza.

***

W szale :-) oczekiwania na moją Amber, jej rdzawe włosy i bursztynowe oczy przeglądam sobie lalkowy strony. Mam już za sobą doświadczenie w szyciu sukienek - nawiasem mówiąc moja Mama obejrzała Red Alice i stwierdziła, ze jest świetnie uszyta, co bardzo mnie cieszy, bo przecież jest to werdykt wydany przez zawodową krawcową :-) - w każdym razie z każdą sukienką sobie poradzę i nawet mnie teraz nie ciągnie do szycia kolejnych "Alicji" (o, matko, co za składnia)

Ale bardzo, bardzo pragnę uszyć SZATY. Tak, coś pośredniego pomiędzy strojami ceremonialnymi chińskiej księżniczki, japońskim uchikake i elfowymi zwiewnościami. Brzmi groźnie, ale już zaopatrzyłam się w biały batyst na spodnią szatę, mam złoty szantung, satynę w nieco ciemniejszym odcieniu złota, mam ciemnonebieski chiński żakard i złote wzory - nic, tylko szyć... Na przykład tak, jak stylizuje swoje lalki Dolkot. jestem po prostu urzeczona; od kilku dni bez przerwy oglądam i zapisuję sobie linki. I cały czas dochodzę do wniosku, że jeśli moja maszyna pójdzie po syntetycznych tkaninach, to nic mnie nie powstrzyma. Niech no tylko przyjdzie już ta moja słodka dollzonka.

Zdjęcia są tutaj i tutaj oraz na przykład tu i tu.

Wiem, ze to przepych cesarskiego dworu i namnażanie szczegółow - biżuterii, rozbudowanych rękawów, wielowarstwowość konstrukcji tworzy ten klimat, ale mnie się to szalenie podoba. I niech mnie ktoś spróbuje powstrzymać... :-)

 

środa, 12 sierpnia 2009

Ano kończą się różnie - na przykład tak, że nadaje się na poczcie przesyłki, a potem w domu doznaje olśnienia, ze powinny one iść listem poleconym, a nie zwykłym priorytetem... O, ja głupia - teraz będę czekać niecierpliwie na informację, że doszły!

W każdym razie melduję, że listy nadane. Spodziewajcie się szarych kopert, bo ja lubię szare koperty :-)

Jestem już w Gdańsku - mojego Miłego ściągnięto do pracy, zatem ja siedzę w domu, przeglądam wzory haftów, patchworków, zasoby tkanin i włóczek i wstążek. Idzie jesień, a z nią długie wieczory, szybkie zmierzchy, złote liście i deszcz...Kocham jesień i deszcze, pewnie dlatego, ze urodziłam się w listopadzie. Nie mam przekonania do upalnego słońca, nie ładuje mnie ono energią jak niektórych, dlatego też na zwiedzanie ogrodu wybierałam się rankami, kiedy jeszcze rosa i chłód. Oto, co widziało oko mojego aparatu :-) Uprzedzam, że zdjęć jest bardzo wiele, więc niecierpliwym doradzam strategiczny odwrót :-)

Najpierw wiciokrzew, wspinający się po płocie - zachwycają mnie trąbeczki jego kwiatów, delikatne płatki zebrane w kiście...

 

 

Hortensje - może nieco pretensjonalne, może ciut nadęte? Ale i tak ładne, świeże o świcie. Hortensje mojej Matki mają odcień niezdecydowany, różowią się, a jakby jednak chciały zniebieszczeć...

Krokosmie też się udały. Za sąsiadów mają tymianek i oregano i wielkie kępy mięty. Są bardzo skromne i urokliwe.

Oczywiście kot towarzyszył mi na każdym kroku w taki bardzo psi sposób.

Opryskałam ją kropelkami rosy, widzicie niezadowolenie w wyrazie uszu? :-)

Ale to nie koniec... Są jeszcze róże rozmaite, pelargonie o wspaniałym odcieniu czerwieni, skromniutkie aksamitki na tle poważnego bluszczu i... chinka. No, nie taka skośnooka, ale tez urocza. Zrobiłam trawnikowe zdjęcie ręcznie malowanej porcelanowej puszki na herbatę, wygrzebanej oczywiście w rupieciarni w Bierzwnicy. Posłuzy mi jako pudełko na naboje do pióra ;-)

I wreszcie chinka :-)

11:01, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (4) »
wtorek, 11 sierpnia 2009

Kiedy rozważałam zakup pierwszej lalki, wyobrażałam sobie kolekcję tematyczną - moje ukochane postaci książkowe wcielone w żywicę. Wszystko szło cudnie, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że nigdy i nigdzie nie znajdę lalki, która upostaciuje Emilia Sandoza (mniej zorientowanych odsyłam do Wróbla oraz Dzieci Boga) I tak myśl o kolekcji poszła sobie :-)

Potem przyszło mi do głowy, że miło byłoby mieć lalki przedstawiające bohaterki opowieści, którą kilka lat temu pisałam i marzyłam, a teraz trzymam w szufladzie, niedokończoną. I zamówiłam moją dollzonkę.

Teraz czekam sobie na jej przybycie - może w końcu września, w końcu idzie z dalekich Chin - a w międzyczasie gromadzę zdjęcia... Wszystkie pokazane tu zdjęcia pochodzą ze stron firmowych.

Pierwsza jest Dollzone Reiko - ma cudną, nadąsaną twarzyczkę, zadumane spojrzenie, wyobrażam sobie ją jako mroczniejszą siostrę mojej Amber - może nazwę ją Perła (może bardziej w konwencji chińskiego dworu: Cenna Perła), dam srebrzyste oczy i włosy?

Druga to lalka z Iplehouse - Harin. Poniżej dwa zdjęcia - zwykłej i fullsetowej Harin, która niestety widnieje jako wyprzedana :-(

Zwykła - świetna jako podstawa do dalszych stylizacji.

No i Harin w wersji cesarskiej. Piękna. Zdjęcie kiepsko zmniejszone, ponieważ dopiero zaprzyjaźniam się z programem Picasa :-)

Po trzecie - moje niedawne odkrycie - Raurencio Studio i nieoczekiwany dla mnie zachwyt męską lalką - oto model o imieniu Remiel, piękny młody mag, z nieobecnym wzrokiem, zasłuchany w wirujące w myslach zaklęcia...

Na koniec - Souldoll. Przestrzega mnie Brahdelt, że te lalki mogą się okazać krzywe, źle odlane - cóż, skoro przynajmniej jedna z nich mnie podbiła...
Cóż - możliwe, ze uzupełnię zdjęcia wieczorem, bo teraz ich strona słabo chodzi.

Są oczywiście jeszcze zastanawiające lalki z Soom, z Dollmore, z rozmaitych firm, które już mniej mnie zachwycają. Z całą pewnością nie podobają mi się natomiast lalki wampirze, nie podoba mi się dollmorowa Dahlia. Czasem podoba mi się bardziej stylizacja i samo otoczenie lalki niż ona. Tak jest na przykład w przypadku dollmorowej Ha Yarn Cho - oto dwa jej wcielenia, a tylko sukienka mi się podoba...

 

Na koniec tego przydługiego wywodu - nowalijka z Dollzone - lalka w rozmiarze SD, czyli 60 cm. Podobna do Reiko, może mniej zadumana, a bardziej kapryśna. Świetny materiał do stylizacji :-)

Violetta:

 

 

czwartek, 06 sierpnia 2009

Na wyczekanym, upragnionym urlopie... z pracy dzwonili tylko dwa razy; odwożąc moją Siostrę na lotnisko zgubiliśmy się w Berlinie, a potem jeszcze w Polsce (naprawdę, na prostej drodze! :-) ); w niemieckim markecie zaopatrzyłam się w gopodarczą chemię na resztę roku (ale akurat zawsze tak robię, bo niemieckie proszki, płyny d płukania i preparaty czyszczące są o wiele lepszej jakości i wydajności od krajowych, nawet tej samej marki)

Mam ze sobą tylko małą drutowankę i wyszywankę. Kupuję włóczki w second handach - o, na przykład takie:

Zaglądamy też do naszej ulubionej rupieciarni w Bierzwnicy. Zachęcam - można tam znaleźć takie cuda jak nasza Sofia, swieczniki, które kiedyś służyły do mszy w protestanckich kościołach albo...taki okrętowy zegar, wybijający szklanki:

Tu w fazie czyszczenia - widać już pastę polerską i ...polerowacza :-)

Zdjęcia w kuchni mojej Mamy, Mariusz i jego bombilla - w pełni szczęścia :-)

 

 

11:59, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (1) »