piątek, 31 lipca 2009

Dwa kroki od domu, w odległości 10 minut spaceru mam maleńki park, założony nad nowo uregulowanym korytem rzeczki Strzyża.
Chodzę tam sobie częst - tam dziergałam mój pierwszy chusto-pas do tańca, tam sobie czasem zabieram ręczne pikowanie małych rzeczy albo butelkę z wodą i książkę. Zazwyczaj siadam w pawilonie, bo nie znoszę słońca (za jasna skóra), dziergam, myślę, czytam... Wyłączam się. Zdarza mi się nawet pójść tam na godzinkę przed pracą. Dla relaksu i nabrania oddechu. Ignoruję spojrzenia gapiów i wrzaski dzieci, których tam zawsze pełno. Nie daję się nabrać na wspólczujące zagadnięcia starszych pań "że też pani się tak chce..."

Po prostu... na ławce w parku.

Pewnie jesienią, kiedy spadną liście, będę zabierać tam moją Amber - akurat przyjedzie we wrześniu...

12:38, maroccanmint , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lipca 2009

W moich kolorach, więc nie mogłam się powstrzymać... Zdjęcie oczywiście zwędziłam od Brahdelt :-)

11:47, maroccanmint , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »

Obejrzałam blogi - każdy coś robi, pomysły i realizacje piętrzą się pod każdym adresem, tylko ja jakaś zapóźniona... Może to banalne, może kazdy tak mówi, ale mnie praca zaczęła pożerać za dużo życia. Tak, ta ukochana praca, moje ukochane kino... Czuję się wyczerpana - po nocnych zmianach śpię do późna, wstaję rozbita i snuję się po domu doprowadzając się do ładu tylko po to, by zaraz ubrać się starannie i pójść znów na nocną zmianę...

Nie kłamię - lubię to co robię, lubię ruch i gwar i setki ludzi czekających niecierpliwie pod drzwiami sali, czekających na magię filmową. Lubię zapach kurzu i pełnych sal, lubię widok dzieci kurczowo trzymających rodziców za rękę, kiedy po raz pierwszy wchodzą do tego świata... Zlecam reklamy, pilnuję wywieszania plakatów, dbam o materiały filmowe, mam mnóstwo obowiązków, które na codzień od kilku lat sprawiaja mi przyjemność. Ale nie dziś. Za kilka dni idę na urlop i jestem już po prostu wyczerpana...

Na szczęście trudny okres się skończy, S. otwarty więc G. odetchnie, od września wrócę do tańca, znów będę w całkowitej harmonii z ciałem, czekam na to bardzo.

Na pocieszenie mam Igiełkę, która jest ostatnio mocno zajęta wypoczywaniem. Pewnie w moim imieniu :-) Ach, no i dobrze jej w roli panienki z okienka -

Prawda, że bardzo śiczny z niej kot? Ma wspaniale wąsaty pyszczek. (na jednym zdjęciu widac fragment tasmy zabezpieczającej parapet przed pomalowaniem. Uprzejmie proszę o pominięcie wzrokiem tego fragmentu)

Jeszcze front robótkowy:

* skończyłam prezenty z zabawy blogowej, dla Przemka i Szajajaby - jak podadzą mi swoje adresy i otrzymają przesyłki, pokażę zdjęcia.

* mam też mały drobiazg dla Brahdelt - za "Lalki"

* pracowicie wyszywam motyw serduszek na ocieplacz do imbryka, dla mojej Mamy (w sensie na jej zamówienie)

* zaplanowałam sobie śmieszne bolerko, coś w rodzaju samych rękawków - będę je szydełkować prostym wzorem z fioletowego Eliana Nicky

To tyle. Jest ciemno, ponuro, idę wziąć prysznic i ruszam do pracy. Dziś grafik filmowy.

11:41, maroccanmint , Takie tam...
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 lipca 2009

Moja Teściowa przebywa sobie na kuracji. Moczy się w borowinach, marynuje w solance i podziwia piękne widoki. Dołączylismy do niej na jeden dzień.

Najpierw były tężnie solankowe. Wasza sługa uniżona w swej naiwności myślała, ze mają one w jakiś sposób związek z powstawaniem solnych bryłek i kryształów. Potem chodziła tylko i się oblizywała z soli :-) Ale sama tężnia to zadziwiająca konstrukcja. I jak pięknie drewno wytrawiło się od soli.

 

Na wierzch też się wdrapaliśmy:

Bardzo wysoko, bardzo słono w powietrzu i zakaz wkładania nóg do korytek z solanką. Serio, tak powiadał regulamin.

Ciechocinek cały wyłożony jest kwiatowymi dywanami. Prawdę mówiąc, te kompozycje zdradzają wielką dbałość o otoczenie, są starannie zaplanowane, dobrze utrzymane i cieszą oczy zwiedzających. Na przykład zegar:

Mój biedny Mariusz nie czuł się w związku ze soją alergią najlepiej, co widać. Niech już będzie zima i koniec sezonu pylenia... i puchnięcia i kichania i zapchanych zatok...

Były też pawie w klatce. Biedne, siedziały sobie na żerdziach i tylko czasem wydawały takie bardzo przenikliwe krzyki. Bardzo zmysłowe.

Była też kawa w kawiarni i przepyszne torty, były długie spacery po parku, była podróż powrotna w ciepłym blasku zachodu...

09:59, maroccanmint , Takie tam...
Link Dodaj komentarz »

Właściwie to już wrócił.

Wczoraj umówiłam się z Neco w lodziarni Grycana we Wrzeszczu, żeby oddać mu lalkę. Nie obyło się bez zdziwionych spojrzeń dorosłych i jednej zachwyconej dziewczynki, która miała oczy jak spodki:-)

Najpierw, ponieważ ciut za wcześnie przyszłam, była mrożona kawa i książka dla mnie, a sama książka dla Ninia:

Nini czytał "Pieśni Bilitis", co moim zdaniem dobrze pasuje do jego charakteru.

Potem nadszedł Neco i było wielkie przebieranie. Stos fatałaszków :-)

Jako "Czerwony Kapturek" trochę się wstydził. Ale jako Alicja z nową poduszką już nie. I nawet popłakał sobie na pożegnanie...

A na koniec omake - Nini z nowym kumplem - różowym hipciem należącym do Igiełki:

I już :-)

środa, 08 lipca 2009

Najpierw lalczyne: w pierwszy wolny dzień będę je szyła, mam akurat przepiękny chiński żakard w tradycyjnie wzory. Może być nieco za gruby, najwyżej uszyję jedno na próbę. Mam też złoty szantung, z którego też zamierzam uszyć jedno.

Wzór i zdjęcia pochodzą od Dezi z Den of Angels.

Aż mnie ręcę swędzą, żeby już rzucić się na szycie...

No i zamierzam kupoić jedno dla siebie. Czerwone ze złotem ;-)

10:19, maroccanmint
Link Komentarze (6) »
wtorek, 07 lipca 2009

 

Dobrze ma, bo przynajmniej wie, co ją boli... ja mam ogólnie spleena i chandrę z przyczyn niewyaśnionych...

Zamówiłam lalkę. Nie zdążyłam jeszcze wydrukować danych do przelewu, a już mam wątpliwości... czy na pewno mi potrzebna?

Uszyłam lalkowe kiecki. Dwie dla znajomego, jedną na sprzedaż. Jeszcze się nie sprzedała. A miałam nadzieję podbudować szyciem lalkowy budżet...

Ach, pocieszę się chociaż lalkowym zdjęciem...

Zamówiłam lalkę w rozmiarze MSD, czyli 45 cm. Peruka na drugim zdjęciu przyjedzie wraz z lalką, do tego będą jeszcze oczy w miodowym kolorze. Lalka dostała na imię roboczo Amber, a ja czuję, że może będę w domu miała rzecz zbędną, drogie zaspokojenie kaprysu...sama nie wiem...

Muszę się Wam zwierzyć - popieram mojego Męża, kiedy swoje ciężko zapracowane pieniądze przeznacza np. na zakup sprzętu grającego, głosników zrobionych "na miarę" czy tego rodzaju rzeczy. Ale kiedy ja zapokajam swoja kosztowną zachciankę, nie mam dla siebie tej wyrozumiałości...

Nic to. Poradzę sobie ze sobą.

A na dodatek prowadzenie dwóch blogów nie wydaje mi się sensowne, więc pozostawię allfordoll na jakiś potrzeby, a tu wkleję zdjęcia uszytych sukienek:

Black Alice - dla Neco

Red, red Alice - na sprzedaż

Czerwony Kapturek - dla Neco

Pozował Nini (Unoa Lusis Boy)

***

Tak sobie myślę, że jednak umiem szyć...