piątek, 28 maja 2010

Niezależnie od tego, co jutro usłyszę od Herbatki na warszatatach,danina krwi dla ATS została złożona. Dziś robiąc frędzle wbiłam sobie wielkie krawieckie nozyce we wskazujacy palec lewej dłoni. blisko stawu. MHHHHHH, miałam ochotę zawrzasnąć, ale jestem godna, więc tylko w duszy zawyłam, a potem spokojnie starłam krew ze stołu. Włóczka nie ucierpiała.

Frędzle są, tylko jak je ze sobą połączyć?

11:01, maroccanmint
Link Komentarze (3) »

Zaglądam tu dziś i widzę, że blox zeżarł mi pół wczorajszych moich wypowiedzi o ATS, tych bardziej osobistych. Pieknie. Czyli to by było na tyle, jeśli chodzi o poczucie wspólnoty w tańcu, integrację dzięki muzyce i rytmowi i inne tego typu.

A przecież właśnie to mnie w tym gatunku tanecznym pociąga. W klasycznym tańcu brzucha piękna jest płynność, słodycz ruchu, precyzja języka ciała, czyste linie. W american tribal style piękna jest wspólnota. I chwosty :P

Za te chwosty zaraz się zabieram. Niestety, nie zdążyłam wyhaftować do końca mojego nowego pasa, a co dopiero wykończyć go koralikami i muszelkami kauri, zabiorę więc ten stary. Tylko dodam pompony, bo mam taką chęć. Musze to zrobić przed pracą, gdyż mam dziś nocną zmianę a jutro jedziemy wcześnie rano.

***

Kasiu, ten niebieski kolor jest spełnieniem marzeń florenckich mistrzów o błękicie, serce mi to mówi ;-)

09:30, maroccanmint
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 maja 2010

Dziś będzie uczenie i encyklopedycznie, z mnóstwem zdjęć, linków, odnośników i przeprosin za niezrozumiałe wypowiedzi.

Po pierwsze - tajemnicze zillsy. Zillsy to instrument muzyczny, cztery mosiężne talerzyki zakładane na środkowy palec i kciuk każdej dłoni. Wybija się nimi rytmy, podkreśla ruch i ogólnie, jakby powiedział mój kot, hałasuje do kwadratu. Dźwięk przez nie wydawany jest bardzo różny. Może być melodyjny, może być metalicznie klekoczący, może trzaskać. Moje juz nadeszły, są tureckie, małe (dwa cale) i dźwięczą dość dobrze, na ile wolno mi się wypowiadać w tej kwestii...

Oto one:

Po drugie - moja spódnica na warsztaty.

Oto zdjęcia z frontu walki:

Efekt przeszedł moje oczekiwania, chociaż tkanina podła (bo to satynowa podszewka). Teraz kombinuję, skąd by tu wziąć sześć, siedem metrów batystu w płomiennym odcieniu czerwieni albo spłowiałego turkusu?

Po trzecie - Gazelle. Moja. Jedyna. Słodka. Na plaży.

I jeszcze o ATS, warsztatach i o tym, dlaczego to dla mnie ważne.

Najpierw uczenie, czyli żywcem zerżnięte z Wikipedii:

American Tribal Style (ATS, American Tribal Style Belly Dance) - najstarsza odmiana tribalu, która polega na wykonywaniu zbiorowej improwizacji. ATS został stworzony przez Carolenę Nericcio (założycielkę grupy FatChanceBellyDance) na początku lat 90-tych XX wieku.

American Tribal Style jest improwizowanym, z założenia wyłącznie kobiecym, tańcem grupowym (nie ma w nim miejsca na z góry ustalone choreografie). To lider, który w danej chwili prowadzi grupę decyduje, jak będzie przebiegać improwizacja. W czasie jednego tańca lider może się zmieniać wielokrotnie.

American Tribal Style to skończony zestaw ruchów, niektóre z nich poprzedzone są odpowiednim (zauważalnym tylko dla grupy) sygnałem, co ułatwia zbiorową improwizację. Grupa tańczy synchronicznie, co może tworzyć złudzenie choreografii.

W zależności od tempa i rodzaju muzyki wyróżniamy dwa rodzaje ATS - wolny i szybki. Różnią się one nie tylko tempem muzyki, ale również używanym zestawem ruchów. Ponadto wykonując szybki ATS tancerki grają na saggatach, które stały się integralną częścią tego gatunku tanecznego.

Nieodłącznym elementem tego tańca jest także charakterystyczny strój, który zazwyczaj składa się z długiej, obszernej spódnicy, pod którą zakłada się haremki, krótkiej dopasowanej bluzki (choli), bogato zdobionego biustonosza, turbanu oraz podkreślającego ruchy bioder pasa, do którego często przyczepione są frędzle, pompony lub chwosty.[2] Ważnym elementem stroju jest również biżuteria.

 

 

 

22:08, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
środa, 19 maja 2010

Ponieważ ciągle zimno i ciągle mam nocne zmiany, przez co Gazelle nudzi się w piwnicy, zdana jedynie na towarzystwo kurzu, zabrałam sie za ambitny projekt.

Pragnę bardzo pojechać na warsztaty ATS prowadzone pod koniec maja przez Herbatkę. Moja miłość do ATS nie wygasła, nie umarła, a jedynie przytaiła się nieco. Zamierzam więc uszyć sobie odpowiednią zamaszystą spódnicę, pod którą będę ukrywać braki techniki (taki żarcik, bo generalnie nic nie umiem, ale zamierzam się nauczyć). A w oczekiwaniu na zillsy i tkaninę haftuję pas. Wąski pasek, który obwieszę pomponami, a który zżera moją cierpliwość. Bo zaiste, zachciało mi sie nawiązywać do afgańskich wzorów i do tkanin banjara oglądanych niegdyś w sopockim Kardamonie.

Haftuję na czerwonym bawełnianym płócienku, dość mocnym by unieść haft płaski pokrywający duże powierzchnie. Przypomniałam sobie też inne techniki hafciarskie z czasów mojej młodości (hi, i...), zatem część płaszczyzn wypełni łańcuszek gęsto nakładany. No i koraliki, rzecz jasna.Szkoda tylko, że muszelki kauri, które zaplanowałam jako integralne część, są już... niemodne. Pasowałyby mi, rozjaśniłyby całość.

Acha - życzę sobie, żeby miejscami czerwień tkaniny była widoczna, zatem będą wolne od haftu miejsca. A teraz zdjęcia. Dzis ciemno, toteż korzystałam z możliwości Picasy.

No nic, kolory zupełnie od czapy, jak powiadała Ewa z Kołderkowa.

Mam jeszcze z godzinkę przed pracą, zdążę "wydłubać" kolejny mały element.

 

12:31, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
środa, 12 maja 2010

Moja chęć zakupu lalki w dollstownie odsunęła się nieco z powodu nowego zakupu zaburzającego mi  budżet. Nowy zakup jest w kolorze czekoladowo - metalicznym, ma dwudziestoośmiocalowe koła, skórzane popękane siodło, hamulec tylny i bogatą przeszłość. Kupiłam rower moich marzeń! To holenderska Gazelle Impala, używana, bez przerzutek, bez przednich hamulców, z klasyczną damską ramą, pięęękna! Od wielu lat o takim marzyłam, żaden inny by mnie nie zadowolił. Brak mojej Gazeli tylko koszyczka na kierownicy, ale to nie problem, bo sobie dokupię ^^

Zdjęcie poglądowe TU, a moje będą jak tylko aparat wróci do domu.

W każdym razie - wczoraj moi Pracownicy orzekli, że pasujemy do siebie, ta moja Gazelle i ja. Obie jesteśmy troszkę nie z tej epoki :)

Dziś, korzystając ze słońca i dnia wolnego wyprawiłam się do Sopotu. Gdańsk to ma do siebie, że w większość miejsc dla się dojechać rowerową ścieżką. Więc pomału, rozkoszując się przyjemnością ruchu jechałam nad morzem, jechałam aż nagle odkryłam, że jestem w Sopocie. No, to w różowym barze przy plaży wypiłam kawę i z "czarnym paliwem espresso szumiącym we krwi" wróciłam do domu. Swoją drogą - uwielbiam to zdanie z książki Frances Mayes. "Czarne paliwo espresso szumi we krwi, strzałka szybkościomierza podnosi się..." To takie prawdziwe...

Ja co prawda nie rozwijałam jakichś zawrotnych prędkości, ale było mi błogo.

I wiecie co jeszcze mi się podoba? Będę mogła jechać w sukience, albo w spódnicy i nie martwić się, że pokazuję bliźnim... kino, jak mówiło sie na moim podwórku w dziecięcych czasach.

***

To nie koniec zakupów.

Zainwestowałam w zillsy, bo miałam taką chęć. Idą sobie do mnie cztery talerzyki o niedużej średnicy, złociste i grawerowane. Jak sobie myślicie - czy jak w parku nad morzem będę ćwiczyć izolację taneczną i grę na zillsach, to ludzie będa się gapić bardzo czy tylko tak trochę? Bo w domu to kiepsko tak hałasować, kot się załamie... ^^

Przyszła też do mnie nowa taneczna chusta. Już myślałam, że z tego wyrosłam, ale jednak nie. Tym razem kupiłam taką z dzwonkami zamiast monetek. Bardziej szumi niż dzwoni, ale ładnie podkreśla twistowe ruchy bioder.

A teraz siadam do szycia i filcowania. Mariusz będzie bardzo późno w domu, więc zupa soczewicowa dla pokrzepienia po ciężkiej pracy wkrótce się będzie gotować.

I wiecie co?

Grzmi. Zdążyłam do domu przed burzą.

 

 

14:21, maroccanmint
Link Komentarze (5) »