czwartek, 31 grudnia 2009

Po pierwsze - najserdeczniej przepraszam i Ciebie, Brahdelt, i Ciebie, Bear. Przesyłki od Was obu dotarły, a ja na śmierć zapomniałam o tym donieść. Pomijam już fakt, że paczuszki dla Was czekają na zmiłowanie... Poczekacie jeszcze kilka dni? Proszę, proszę...

***

A teraz znowu będę przynudzać. Pamiętacie Zaoll, którą pokazywałam kilka dni temu? Nadal jest na mojej lalkowej liście, ale spadła z pierwszej pozycji. Niestety, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, ze nie jestem volksoodporna. I pokochałam miłością czystą ten oto mold z volksowego Full Choice System: F-36. Elegancki, pełen spokoju, pełen możliwości. Anielski, według mnie... Tak sobie myślę, ze gdybym dostała premię roczną (o ile będą premie roczne, to miałam na myśli) to chyba zapytałabym się Marti, czy będzie zamawiac dla siebie. I jaką drogą. Wówczas i ja bym się może skusiła...

Oto ona, F-36. Dla mnie ona, chociaż można by z tej główki zrobić obie płci, jak sądzę.

Podoba mi się jej nos, wygięcie warg, łagodny wykrój oczu, nawet lekko spuchnięte powieki... Podoba mi sie pomysł na to, co można z niej wydobyć makijażem i odpowiednią oprawą oczowo-perukowo-strojową.

A co Wy sądzicie?

 

 

11:55, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
środa, 30 grudnia 2009

Zdjęcia dokonane komórkowym aparatem. Ich jakość pozostawcie prosze bez komentarza, dobrze?

Nie chciałam wprowadzac zbyt wielu kolorów, zatem - szarość, ciemna czerwień, troszkę czerni.

12:33, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 grudnia 2009

I jak mam pokazać Wam różne skarby, którymi się cieszę? Aparat ma się świetnie, ale jego karta pamięci wraz z przejściówką służącą mi do ich przenoszenia do pamięci laptopa zostały sobie w Białogardzie po ostatniej wizycie i mają się świetnie.

A tymczasem - tyle mam śliczności! Z jesiennej wymianki dotarły do mnie liściaste rzeczy: deseczka z liśćmi klonu, pudełeczko na skarby i śliczne kolczyki z koralem ;-) Cóż, pragnęłabym pochwalić się całemu światu, a tymczasem mogę tylko złozyc podziękowania i zapewnić, ze wszystkie te śliczności znalazły sobie u mnie dobry dom. Przy tym nie leżą bezczynnie, o nie - kolczyki prawie codziennie nosiłam do pracy ;-) Mam nadzieję, że wkrótce wszystko obfotografuję i pokażę.

Mikołaj też mnie rozpieszczał. Podarował mi książkę o haftowaniu monogramów, na którą się czaiłam już dłuższy czas, a która sprawia mi wiele radości w samym czytaniu, a co dopiero jak zaczne znaczyć haftem obrusy, serwetki, poszewki na poduszki i co tylko w ręce wpadnie! Uwielbiam monogramy, świadczą według mnie o wytwornej elegancji i miłości do pięknych przedmiotów. Moje zaczęte saszetki są na ukończeniu - jedna już w całości uszyta, druga z na wpół ukończonym haftem. Lawenda do nich też dotarła i pachnie cudnie... Wiem już nawet, gdzie popełniłam błędy w hafcie i gdzie poradziłam sobie dzięki posiadanej wcześniej wiedzy.

Po drugie - moja miłość do wiktoriańskich wnętrz, mody i stylu życia została nagrodzona parą cudnych kolczyków - na tle czarnego szkła albo onyksu mają kamee z masy perłowej i oprawione są w ciemne srebro i markasyty. Prześliczne, ciężkie, czasem migocące - dla nich mam ochotę zapuścić włosy i upinać je w węzeł na karku, ponad wysokim kołnierzem ;-)

***

Lalkowo też nic wam nie pokażę. To znaczy nic mojego, bo poniżej widzicie dwie wykonane przez Marti czapeczki - uszatki, które bardzo mnie zainspirowały... Sądzę, ze moja Yan jest idealna do tego typu słodkich dodatków odzieżowych. Więc pracowicie naszywam koraliki, które sa połyskliwe jak maleńkie kropelki krwi, usztywniam i wygładzam filcowe uszka, obmyślam dalsze dekoracje i następne modele...

O, popatrzcie - te dwie własnie uszyła i udekorowała Marti. Link do jej bloga znajdziecie u mnie pod hasłem "lalkowe fascynacje". Nie ma tam robótek drucianych ani innych, ale są śliczne zdjęcia bardzo pięknie wystylizowanych lalek. Całej kolekcji...

Moja niezupełnie będzie podobna, ale tez nie zależało mi na całkowitym odwzorowaniu. Moja będzie po prostu... moja.

A przy okazji lalek - Yan dostała nową perukę. I też jej nie zobaczycie tymczasem. A zaprawdę powiadam Wam - bardzo w niej słodko wygląda :-) Idą do niej zresztą nowe oczka z Captured in glass, a wkrótce zamówię jeszcze jedną perukę. Mam upatrzoną w Leeke, nawet dwie ;-)

 

 

 

 

19:35, maroccanmint
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 grudnia 2009

W tym roku nie pojadę do Rodziców. Nie będziemy śpiewać kolęd wracając z Pasterki, która jest jedyną moja mszą w roku, ale jaką... W kosciele wybudowanym okolo 1310 roku, którego mury zachowały w sobie gotycka surowość, z freskami które zachowały się na tyle pięknie, by opowiedziec historię stworzenia świata i narodzenia pańskiego, z wstęgami modlitw wychodzącymi z ust aniołów, ze sklepieniem sięgającym swymi żebrami nieba... Może to mdłe i romantyczne, ale po "Filarach ziemi" Folleta, które przeczytałam jako dziewczątko, ten jeden jedyny kościół jest moim ulubionym. Poza jasnym i pełnym światła Duomo we Florencji...

W każdym razie - w tym roku nie będę czekała w mroku o północy na procesję kapłanów niosących światło w oparach kadzidlanego dymu; nie będziemy całą rodziną wracać spiewając głośno "Bóg się rodzi"; nie będziemy fałszowac pod choinką po Wigilii.

W tym roku zostajemy w Gdańsku. Ale i tak przyrządzę barszcz mojej Mamy, bez którego nie ma dla mnie Bożego Narodzenia, upiekę uszka - tak, u nas jada się pieczone drożdżowe uszka z pysznym grzybowym farszem; zaniosę je wraz z garnkiem barszczu naszym Przyjaciołom, żeby poznali ten niezwykły smak. Zrobię rybę po grecku po swojemu i upiekę łososia z migdałami i imbirowo - miodową polewą.

I ubiorę po swojemu choinkę - będą pierniczki lukrowane na biało, serduszka z resztek tkanin, jednobarwne lampeczki, bombki, które pomału nam się zbierają... I co z tego, że to nie "trendy"? ma sie mnie podobać.

Zwykle co roku miałam już girlandę na drzwiach w pierwszym dniu adwentu i wieniec na stole...

***

Z lalkowego i ogólnie robótkowego frontu: Yan leży w pudle, nie ma nowej sukienki na Boże Narodzenie i ogólnie czuję, że to nie fair względem niej ;-) Ale skoro buty jeszcze nie doszły, to i z szyciem się wstrzymam.

 Patchworki też nietknięte, filcowanki nietknięte, ale za to obszyłam pewną ilość obrusów dla siebie  i Przyjaciółki,. I dziś nabyłam w Ikea tkaniny na nowe (swoją drogą - jak to jest, ze kiedy stół jest "goły" to ani okruszek, ani kropelka nie spadnie, a jak się położy bieżnik, to natychmiast się herbata z dzbanka nań wylewa?) Lubię ładnie ubrany stół, lubię dźwięk, jaki wydają filiżanki stawiane na tkaninie. Kupiłam zatem jedną szmatkę na obrus, jedną na prostokątny wąski bieżnik, drugą na prostokątny wąski bieżnik, trzecią... na prostokątny wąski bieżnik i fartuszek. Bo mi brak fartuszka w kuchni. I jeszcze dwie w celach patchworkowych, bo tego nigdy dość :-) Mam też jeszcze jedną na duży, bardzo gruby i mięsisty obrus i jedną zdobyczną na kwadratowy bieżniczek. Czerwony w złoty gwiazdy :-)

20:38, maroccanmint
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 grudnia 2009

Naprawdę. Przyjechaliśmy na kilka dni do moich Rodziców; Mariusz pomaga Tacie w remoncie, a ja poza fukcją logistyczną (podaj - przynieś ;-) ) nie robię nic. Monogramy na saszetkach z lawendą leżą sobie w torbie, Jane w kartonie, a Yantarya w swoim pudle. Nie szyję, nie orzę i nie przędę, jestem jako ta lilija polna, co i tak się o nią Stwórca troszczy...

Ale nie jest to dla mnie stan naturalny. Cóż jednak, skoro nie umiem pracować "nie u siebie"? Yan w pudle leży goła; sukienka dla niej raczej nieprędko powstanie, bo i projekt nie jest prosty, w ja nie lubię rozkładać pracy na raty - szyję cały dzień, ale jedną od początku do końca. Moja Mama podpowiedziała mi kilka ważnych informacji dotyczących kroju i sposobu modelowania odpowiedniego do figury dollzonki.

A monogramy? Idzie do mnie lawenda pachnąca latem; len jest delikatny i lekko przejrzysty, mereżki wąskie. Jedna ma litery białe, o wąskim wytwornym kroju. Druga lawendowa, gotycka ale z zawijasami, mniejsza i pojedyncza. Będą podarowane w prezencie mojej Mamie, do jej nowej sypialni.

Filcowanek też nie wzięłam do rąk od dnia spotkania z Kasia. Nie opowiadałam Wam jeszcze - Kasia była tak dobra, ze poświęciła mi cały dzień, przyszła do mnie ze swoją wiedzą i zręcznymi dłońmi, pomogła, wytłumaczyła, pokazała. Ufilcowała prześliczny kapelusz w stylu lat dwudziestych dla mojej slicznej Yan; ufilcowała zgrabny toczek. Pokażę Wam go , bo warto ;-) Kapelusz będzie, jak wrócę do domu.

A to mój egzemplarz - mniej równy, ale lubię go.

Yan w sukience z rękawami i gorsem stylizowanym na Biedermaier - obfite bufy, falbanki, szarfa.

Jestem zdania, że tej lalce bardzo ten styl pasuje. Panienka z dobrego domu, która ma metra od muzyki, od rysunku, od tańca. Balet, skrzypce, rulon z nutami; kapelusze i koronki...

***

Dziękuję, ze do mnie zagladacie, mimo że mnie nie ma... W nagrodę w następnym odcinku pokażę Wam pierniczki, jeśli uda mi się je upiec. Nie będą takie jak u Kasi; ciasto nie poleżakuje. Podobnie jak w ubiegłym roku zrobię tylko takie pachnące i śliczne na choinkę. Do podziwiania (w zeszłym roku najbardziej podjadał je kot)

A, własnie - kot - tu w Białogardzie koteczka nasza wychodzi do ogrodu, marznie w łapy, wącha każde ździebiełko suchej trawy; oswaja się też z koteczkiem mojej Siostry. To znaczy - on biega za nią krok w krok, ona buczy, syczy, macha łapą i czasem tylko łaskawie pozwala mu pobiegać za sobą po domu. No i obserwuje młego z wyższością, kiedy on nieporadnie usiłuje nasladowac różne jej maniery ;-) 

19:27, maroccanmint
Link Komentarze (4) »