piątek, 27 listopada 2009

Nauczyłam się dziś szyć pointy na rozmiar mojej Yan.

Nie wierzycie? Oto zapowiedź fali pointów, która wkrótce zaleje blog doszczętnie :-)

Następne będą złote i białe. Może gdzieś znajdę kawałek różowej satyny na różowe pointy. Potem czarne, zielone, czerwone... Pointowy szał.

Mniej zorientowanym dodam, ze mają one 5,5 cm długości.

 

14:42, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 listopada 2009

Przyszło mi do głowy, kiedy wczoraj siedziałam po pracy w tramwaju kołyszącym się w stronę domu, ze muszę mieć notatnik. Bezwzględnie. Nie umiem rysować, więc nie mogę zrobić sobie szkiców planowanych dla Yan kreacji - jeśli nie chcę czegoś zapomnieć, zapisuję to. Wiem, że może to dla Was brzmieć absurdalnie, ale ja - jak Emilio Sandoz* - mapę zapisuję sobie prozą, żeby ją zrozumieć ;-)

Więc chcę dostać śliczny scrapbookingowy notesik, zrobiony specjalnie dla mnie, z okładką pełną wstążek i koronek, i guziczków, z gładkim papierem, na którym będę notować proporcje mankietów, obszerność bufek, ilość rzędów falban i rodzaj dekoracji.

W zamian - obiecuję śliczą patchworkową poduszkę. Na zimowe wieczory przy książce, przy dłubaniu, przy ramieniu Ukochanego.

Co Wy na to?

* Jak kto nie wie, kim jest Emilio Sandoz, to musi to nadrobić koniecznie. Więc niech natychmiast poszuka "Wróbla" i "Dzieci Boga". I niech da się zaczarować, oszołomić, bo proza świetna, a tłumaczenie pana Polkowskiego godne najwyższej uwagi. Polecam bardzo serdecznie.

22:48, maroccanmint
Link Komentarze (1) »

 

Yantarya chyba nie poczuje się dotknięta, jeśli napiszę, ze wiem już, kto będzie następny? Zakochałam się bowiem w smutnych twarzach lalek Zaoll Luv z Dollmore, w ich wyrazistych ustach i lekko ukośnych oczach...

Szczególnie podoba mi się możliwość stylizacji tego modelu na postacie fantasy. Moja Yan ze względu na swoje dziewczęce rysy raczej jest pensjonarką niż elfem, raczej lolitką niż wyniosłą czarodziejką. Będzie uczennicą czarownicy, zapewne, ale nieprędko to nastąpi. Zaoll nie należy wprawdzie do najdroższych modeli, jej ocena oscyluje wokół pięciuset dolarów, ale ja tych pieniędzy nie mam i raczej w najbliższym czasie mieć nie będę. No, chyba, że stanie się cud, a moje falbanki będą miały niesłychane powodzenie w wielkim świecie lalkarstwa ;-)

Poniżej zdjęcia firmowe. Nie najlepsze, makijaż dosyć kiepski, a na dodatek lalka ma bardzo brzydkie i nieproporcjonalne ciało. Ale ten model ma potencjał. Zachwyca mnie.

Naładniejsze, jakie widziałam, należą do polskich posiadaczy. Naprawdę. Ale dopóki nie mam ich zgody, to ich nie pokażę. Po prostu uzupełnię je później.

Po edycji: Kruk zgodziła się udostępnić  mi zdjęcia swojej Iris.Zachwycajcie się, proszę:


A to zaoll należąca do Shaiel - też za zgodą właścielki lalki. Dzielcie ze mną przyjemność...

Po więcej zdjęć Shaiel zapraszam własnie tu.

Po więcej zdjęć Kruka zapraszam Was w to magiczne miejsce.

***

Tymczasem - opowiem Wam o mojej Jane.

Jak wiecie, przesiadłam sie na Janome. To model 2041S, z automatem do dziurek, siedemnastoma ściegami, zatrzaskowym systemem mocowania stopki i wolnym ramieniem. Szyje wstecz, automatycznie nawleka nitkę, ma pełno stopek na wymianę i jest zaskakująco lekka. Kiepsko u niej z pozycjonowaniem igły. A przy tym nie ma pedała. Nie wierzycie? Ano tak, uruchamia się ją poprzez... rozrusznik nożny. Zdębiałam na to...

Zdjęcie pochodzi ze strony serwisu, który je sprzedaje. Będzie i moje własne, ale nie wiem, kiedy.

W każdym razie - mój dawny łucznik, jako cięższy, inaczej się troszeczkę zachowywał w trakcie szycia. Więcej się łomotał, więcej klekotał, szyl znacznie szybciej. Niemniej jednak Janome polecam gorąco. Na razie zaprzyjaźniamy się ostrożnie.

***

Czarciku, Bear80, dziękuję za szmatkowe propozycje. Postaram się wrzucić zdjęcia włóczek do wymianki jak tylko będę miała wolny ranek. Ostatnio wracam do domu tylko na noce, a wieczorne zdjęcia nic dobrego nie dają. Jeśli znajdziecie coś dla siebie, bardzo chętnie wezmę szmatki ;-)

Brahdelt, skraweczek tej różanej szmatki dla Rori już zapakowałam, ale więcej niż na gorsecik to tam nie ma. To resztka z second-handu, marna w dodatku, ale kolor ma ładny. Chciałam z niej uszyć patchworkowy bieżniczek pasujący do moich angielskich fajansów, ale za mało jej było.

Yadis, naprawdę zapraszam. Serio mówiłam i o spaniu na podłodze, i o gadaniu i o wspólnym szyciu ;-)

 

21:33, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 listopada 2009

Yadis, bardzo serdecznie dziękuję Ci za propozycję - ale mieszkam w Gdańsku. Gdybyś jednak zapragnęła przyjechać nad morze, naoddychać się jodem, to zapraszamy gorąco. Spanie na podłodze wprawdzie, albo w kocim koszyku - ale ugadamy się do syta i naogladamy lalki :-)

***

Tymczasem - dwa zdjęcia. Yantarya w stroju stylizowanym na chinski:

Oraz małe retro - pantalonki i gorsecik - sznurówka. Panienka Yantarya będzie się ubierać ;-)

Zdjęcia spod maszyny niemalże.

21:13, maroccanmint
Link Komentarze (3) »
czwartek, 19 listopada 2009

Ale moim skromnym zdaniem udał się. Lubię w nim wszystko - kolory, wstążki, koraliki i kształt. W robieniu zdjęć zastosowałam się do wskazówek Brahdelt, ale jeszcze widocznie nie wszystko przyswoiłam ;-)


21:30, maroccanmint
Link Komentarze (2) »

Dostałam wczoraj moją Secretpalową przesyłkę i zastanawiam się, kiedy dotrze ta nadana przeze mnie. W tej, którą rozpakowałam było pełno śliczności, aż miło. No i nawet Igiełka znalazła coś dla siebie...

Piękny kolor, prawda? A te malutkie kryształki podsunęły mi kapitalny pomysł na nakrycie głowy - lalczyne, rzecz jasna.

Moja sekretna Nadawczyni - masz śliczny, radosny głos i wiele świetnych pomysłów. Bardzo Ci dziękuję! (Melduję, ze kot już pożarł swój łakoć, a ja też nie próżnuję w tej kwestii)

***

Z lalkowego frontu: kolejna sukienka. Tym razem... znów w stylu starych porcelanowych lalek :-) Jak znam zycie, to tylko mnie siię ten styl podoba i raczej nie uda mi się zgromadzic grona wiernych fanów. Ale nic to.

Pączki róż haftowane ręcznie, rękawy troszkę przekombinowane. Czepeczek do tej sukienki jest "w toku". Więc zastępczo Yantarya ma na głowie inny, będący próbą dogadania się z pewnym ściegiem w maszynie ;-)

Tak mi przyszło do głowy, ze nie bardzo umiem robić zdjęcia...To, co nieźle wychodzi na zywo, traci na fotografiach, zwłaszcza po niezbędnej na tym blogu kompresji. Stąd ziarnistość, rozmazanie, marny ogólnie efekt.

***

Zaraz zabiorę się znów do szycia. Miły mój powiada, ze koniecznie muszę uszyć strój pokojówki. Troszke się z tego uśmiałam, ale czemu nie? Sukienka będzie z koła tym razem. Mam akurat czarny tiul na haleczkę, co ładnie podniesie spódnicę.

***

Brahdelt, Yantarya ładnie stoi również bez butów. Nie mogę narzekać ;-)

 

 

10:25, maroccanmint
Link Komentarze (4) »
niedziela, 15 listopada 2009

Bezczelnie skopiowałam samą siebie z forum lalkowego. Ale skoro już raz to napisałam i to bardzo precyzyjnie?Będzie kilka słów podsumowania i  kilka zdjęć.

Po pierwsze zatem: ogólne wrażenia - wspaniałe. Ciało lalki bez zarzutu - ślicznie wyszlifowane z postprodukcyjnych resztek żywicy, atłasowo gładkie, kolor równy i jednolity. Kształty ciała bardzo proporcjonalne, naprawdę, spodziewałam się bardziej chudej i wydłużonej lalki. A na dodatek - sukienka, którą uszyłam na miarę lalki Necoco, Ninia, na moją Amber okazała się... za ciasna i za krótka ;-)
Podwójne stawy, których się troszkę obawiałam, nie są w zwykłym pozowaniu "odczuwalne". Może kiedy będę kombinować bardziej wymyślne pozy, to przy większej ekspozycji będą bardziej widoczne.
Stringowanie ciała bardzo mocne. Jak ruszam nogami lalki, to jej głowa opada, przez co wygląda na słodszą i smutniejszą.
Buzia słodka, firmowy makijaż delikatniejszy troszeczkę niż na firmowych zdjęciach, bardziej przypomina makijaż lalek z tej edycji z kocimi uszkami (zwłaszcza w kolorze ust). Dla mnie lepiej, bo ogólny wyraz oblicza lalki ;-) na tym zyskuje. Mój egzemplarz jest jakby lekko zagubiony, troszkę smutny. Nie ma tego wyrazu wesołości, co firmowe zdjęcia lalki. Wykrój oczu zyskuje na żywo. W dodatku lalka miała wklejone rzęsy, czego się nie spodziewałam.
No, ale jest i minus, którego obawiałam się bardzo - szyja jest mocno niedopasowana do głowy - mój Mąż na widok tej krzepkiej szyi zawołał z podziwem "Ale byczy kark", niemniej jednak przy tak drobnej buzi różnica jest baaardzo widoczna i razi. Dlatego lalka przy najbliższej okazji powędruje na chirurgię plastyczną szyi do Ewy, żeby skrócić i odchudzić tę nieszczęsną część ciała. Ta szyja również powoduje w obecnej formie, ze ruchy głową są ograniczone - lalka ładnie opuszcza łepetynę, ale przy podnoszeniu jej trzyma ją śmiesznie zadartą, co bardzo szpeci ogólny widok (zachęcam do poszukania zdjęć ownerskich na DOA - widać to świetnie, taką nienaturalną sztywność i dziurki w nosie pokazywane ogółowi)
I jeszcze o peruce - godna polecenia. Gęsta, nieźle uformowana, w ładnym kolorze i miła w dotyku. No i w piątek idzie do fryzjera na skracanie grzywki. Nie zamierzam wzorem użytkowników DOA zapinać mojemu egzemplarzowi Shoyo spineczek włażących na oczy.
No, mam nadzieję, ze to wystarczy ;-)

Rzecz jasna, ma na razie tylko jedną peruke, dwie pary oczu, parę butów, jedno ubranko i trzy pary pończoszek.

I zacieram ręce na myśl o szyciu...


20:10, maroccanmint
Link Komentarze (5) »

Po moich przebojach z próbami nauki robienia na drutach postanowiłam uroczyscie, że oddam się tym dziedzinom robótkowania, które opanowałam i które sprawiaja mi przyjemność. A ze zapasy włóczki troszkę urosły, chciałabym pozbyć się ich jak najprędzej.

Proponuje więc Wam rodzaj wymiany towarowej. Nie przeliczanej na złotówki, tylko na to, co się komu podoba i co komu trzeba. Mam nadzieję, ze się skusicie i pozwoli mi to chomikować szmatki zamiast nieużytecznych dla mnie moteczków.

Potrzebuję ładnych tkanin - najlepiej wzorzystej cienkiej bawełny, dobrej na patchworki (mile widziane męskie bawełniane koszule w krateczkę, paseczki, hawajskie kwiaty :-) ) Moze ktoś ma haftowany batyst, który mu zalega od lat na dnie szafy? Słodką resztkę w różyczki? Kawałek jedwabnej tafty, za mały na spódniczkę, za mały na poszewkę, ale urokliwy?

Potrzebuję ślicznych wstążek i koronek; koralików i kryształków.

Potrzebuję czesanki, bo lubię filcowanie.

W zamian proponuję włóczkę z zapasów. Na wymianę.

Motki są w częśći z fabrycznymi banderolkami, gdyż kupowałam je napatrzywszy się na cuda na Waszych blogach; ale część z nich to pruta włóczka, wybrana ze względu na kolor i fakturę. Bardzo pragnęłabym umieć wydziergać sobie śliczny otulacz, ażurowy szal, słodki sweterek biurowy zapinany na rząd guziczków - ale że nie umiem, pozostawiam to lepszym ode mnie. Ja będę szyć.

***

Wczoraj wieczorem też siadłam do szycia po pracy. Po dziesięciu godzinach uganiania się w tłumie moja intuicja krzyczała głośno "Zostaw to, nie wyjdzie ci, jestes zmęczona, nie rusz!" Ale jak na mnie przystało, zignorowałam rozpaczliwe wołanie intiucji, wyciągnęłam mereżkowany adamaszek, założyłam stopkę do podwijania krawędzi i... napsułam mnóstwo materiału. Nie dość, że nie miałam siły przycisnąć noża do maty i krzywo kroiłam, to jeszcze zawijałam nierówno, źle obliczyłam długość pliski, źle wyliczyłam długość halki w stosunku do długości spódnicy i na koniec zrobiłam straszny supeł wewnątrz chwytacza. Doprowadzona do ostateczności uszyłam Yantaryi mały czepeczek z falbanką i starannie wszystko schowałam. Ze zmęczenia trzęsły mi się ręce - nie dłonie, tylko jakby przedramiona, miałam dosłownie "shimmy " w bicepsach. No i jak tu się za cokolwiek zabrać?

Zdjęcia lalki nie zrobione, sukienki dla niej nie mam, ostatni ocieplacz dla Bożenki leży odłogiem; liściowo - wymiankowa praca nie tknięta nawet szpilką... Maroccanmint pracuje zajadle, dni mijają podobne do siebie, różniące się tylko stopniem kinowych katastrof i zdenerowowania.

Przytulcie mnie. Albo kopnijcie w zad. Jedno z dwojga powinno pomóc.

***

I jeszcze z frontu tanecznego: pomału jakbym zaczęła rozumieć, na czym własciwie polega camel. To znaczy - moje ciało zaczyna pojmować, bo ja umysłem to przyjęłam. Ale... diversum est esse et id, quod est.

10:06, maroccanmint
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 listopada 2009

Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że jest piękna. I że to nie Amber. To twarde, zwięzłe imię wcale nie pasuje do jej smutnej, słodkiej buzi. Więc, żeby utrzymać się w bursztynno - nadmorskich klimatach, imię zmieniam na "Yantarya". Taka zabawa słowem i literą...

Reszta, jak złapię troszkę oddechu od pracy. Czyli w poniedziałek, 16 listopada. Bo mam wówczas wolny dzien...

Acha - miodowe oczy, które jej kupiłam, mało do niej pasują. Poażę Wam też.

09:08, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 listopada 2009
 
1 , 2