czwartek, 19 listopada 2009

Ale moim skromnym zdaniem udał się. Lubię w nim wszystko - kolory, wstążki, koraliki i kształt. W robieniu zdjęć zastosowałam się do wskazówek Brahdelt, ale jeszcze widocznie nie wszystko przyswoiłam ;-)


21:30, maroccanmint
Link Komentarze (2) »

Dostałam wczoraj moją Secretpalową przesyłkę i zastanawiam się, kiedy dotrze ta nadana przeze mnie. W tej, którą rozpakowałam było pełno śliczności, aż miło. No i nawet Igiełka znalazła coś dla siebie...

Piękny kolor, prawda? A te malutkie kryształki podsunęły mi kapitalny pomysł na nakrycie głowy - lalczyne, rzecz jasna.

Moja sekretna Nadawczyni - masz śliczny, radosny głos i wiele świetnych pomysłów. Bardzo Ci dziękuję! (Melduję, ze kot już pożarł swój łakoć, a ja też nie próżnuję w tej kwestii)

***

Z lalkowego frontu: kolejna sukienka. Tym razem... znów w stylu starych porcelanowych lalek :-) Jak znam zycie, to tylko mnie siię ten styl podoba i raczej nie uda mi się zgromadzic grona wiernych fanów. Ale nic to.

Pączki róż haftowane ręcznie, rękawy troszkę przekombinowane. Czepeczek do tej sukienki jest "w toku". Więc zastępczo Yantarya ma na głowie inny, będący próbą dogadania się z pewnym ściegiem w maszynie ;-)

Tak mi przyszło do głowy, ze nie bardzo umiem robić zdjęcia...To, co nieźle wychodzi na zywo, traci na fotografiach, zwłaszcza po niezbędnej na tym blogu kompresji. Stąd ziarnistość, rozmazanie, marny ogólnie efekt.

***

Zaraz zabiorę się znów do szycia. Miły mój powiada, ze koniecznie muszę uszyć strój pokojówki. Troszke się z tego uśmiałam, ale czemu nie? Sukienka będzie z koła tym razem. Mam akurat czarny tiul na haleczkę, co ładnie podniesie spódnicę.

***

Brahdelt, Yantarya ładnie stoi również bez butów. Nie mogę narzekać ;-)

 

 

10:25, maroccanmint
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 listopada 2009

Bezczelnie skopiowałam samą siebie z forum lalkowego. Ale skoro już raz to napisałam i to bardzo precyzyjnie?Będzie kilka słów podsumowania i  kilka zdjęć.

Po pierwsze zatem: ogólne wrażenia - wspaniałe. Ciało lalki bez zarzutu - ślicznie wyszlifowane z postprodukcyjnych resztek żywicy, atłasowo gładkie, kolor równy i jednolity. Kształty ciała bardzo proporcjonalne, naprawdę, spodziewałam się bardziej chudej i wydłużonej lalki. A na dodatek - sukienka, którą uszyłam na miarę lalki Necoco, Ninia, na moją Amber okazała się... za ciasna i za krótka ;-)
Podwójne stawy, których się troszkę obawiałam, nie są w zwykłym pozowaniu "odczuwalne". Może kiedy będę kombinować bardziej wymyślne pozy, to przy większej ekspozycji będą bardziej widoczne.
Stringowanie ciała bardzo mocne. Jak ruszam nogami lalki, to jej głowa opada, przez co wygląda na słodszą i smutniejszą.
Buzia słodka, firmowy makijaż delikatniejszy troszeczkę niż na firmowych zdjęciach, bardziej przypomina makijaż lalek z tej edycji z kocimi uszkami (zwłaszcza w kolorze ust). Dla mnie lepiej, bo ogólny wyraz oblicza lalki ;-) na tym zyskuje. Mój egzemplarz jest jakby lekko zagubiony, troszkę smutny. Nie ma tego wyrazu wesołości, co firmowe zdjęcia lalki. Wykrój oczu zyskuje na żywo. W dodatku lalka miała wklejone rzęsy, czego się nie spodziewałam.
No, ale jest i minus, którego obawiałam się bardzo - szyja jest mocno niedopasowana do głowy - mój Mąż na widok tej krzepkiej szyi zawołał z podziwem "Ale byczy kark", niemniej jednak przy tak drobnej buzi różnica jest baaardzo widoczna i razi. Dlatego lalka przy najbliższej okazji powędruje na chirurgię plastyczną szyi do Ewy, żeby skrócić i odchudzić tę nieszczęsną część ciała. Ta szyja również powoduje w obecnej formie, ze ruchy głową są ograniczone - lalka ładnie opuszcza łepetynę, ale przy podnoszeniu jej trzyma ją śmiesznie zadartą, co bardzo szpeci ogólny widok (zachęcam do poszukania zdjęć ownerskich na DOA - widać to świetnie, taką nienaturalną sztywność i dziurki w nosie pokazywane ogółowi)
I jeszcze o peruce - godna polecenia. Gęsta, nieźle uformowana, w ładnym kolorze i miła w dotyku. No i w piątek idzie do fryzjera na skracanie grzywki. Nie zamierzam wzorem użytkowników DOA zapinać mojemu egzemplarzowi Shoyo spineczek włażących na oczy.
No, mam nadzieję, ze to wystarczy ;-)

Rzecz jasna, ma na razie tylko jedną peruke, dwie pary oczu, parę butów, jedno ubranko i trzy pary pończoszek.

I zacieram ręce na myśl o szyciu...


20:10, maroccanmint
Link Komentarze (5) »

Po moich przebojach z próbami nauki robienia na drutach postanowiłam uroczyscie, że oddam się tym dziedzinom robótkowania, które opanowałam i które sprawiaja mi przyjemność. A ze zapasy włóczki troszkę urosły, chciałabym pozbyć się ich jak najprędzej.

Proponuje więc Wam rodzaj wymiany towarowej. Nie przeliczanej na złotówki, tylko na to, co się komu podoba i co komu trzeba. Mam nadzieję, ze się skusicie i pozwoli mi to chomikować szmatki zamiast nieużytecznych dla mnie moteczków.

Potrzebuję ładnych tkanin - najlepiej wzorzystej cienkiej bawełny, dobrej na patchworki (mile widziane męskie bawełniane koszule w krateczkę, paseczki, hawajskie kwiaty :-) ) Moze ktoś ma haftowany batyst, który mu zalega od lat na dnie szafy? Słodką resztkę w różyczki? Kawałek jedwabnej tafty, za mały na spódniczkę, za mały na poszewkę, ale urokliwy?

Potrzebuję ślicznych wstążek i koronek; koralików i kryształków.

Potrzebuję czesanki, bo lubię filcowanie.

W zamian proponuję włóczkę z zapasów. Na wymianę.

Motki są w częśći z fabrycznymi banderolkami, gdyż kupowałam je napatrzywszy się na cuda na Waszych blogach; ale część z nich to pruta włóczka, wybrana ze względu na kolor i fakturę. Bardzo pragnęłabym umieć wydziergać sobie śliczny otulacz, ażurowy szal, słodki sweterek biurowy zapinany na rząd guziczków - ale że nie umiem, pozostawiam to lepszym ode mnie. Ja będę szyć.

***

Wczoraj wieczorem też siadłam do szycia po pracy. Po dziesięciu godzinach uganiania się w tłumie moja intuicja krzyczała głośno "Zostaw to, nie wyjdzie ci, jestes zmęczona, nie rusz!" Ale jak na mnie przystało, zignorowałam rozpaczliwe wołanie intiucji, wyciągnęłam mereżkowany adamaszek, założyłam stopkę do podwijania krawędzi i... napsułam mnóstwo materiału. Nie dość, że nie miałam siły przycisnąć noża do maty i krzywo kroiłam, to jeszcze zawijałam nierówno, źle obliczyłam długość pliski, źle wyliczyłam długość halki w stosunku do długości spódnicy i na koniec zrobiłam straszny supeł wewnątrz chwytacza. Doprowadzona do ostateczności uszyłam Yantaryi mały czepeczek z falbanką i starannie wszystko schowałam. Ze zmęczenia trzęsły mi się ręce - nie dłonie, tylko jakby przedramiona, miałam dosłownie "shimmy " w bicepsach. No i jak tu się za cokolwiek zabrać?

Zdjęcia lalki nie zrobione, sukienki dla niej nie mam, ostatni ocieplacz dla Bożenki leży odłogiem; liściowo - wymiankowa praca nie tknięta nawet szpilką... Maroccanmint pracuje zajadle, dni mijają podobne do siebie, różniące się tylko stopniem kinowych katastrof i zdenerowowania.

Przytulcie mnie. Albo kopnijcie w zad. Jedno z dwojga powinno pomóc.

***

I jeszcze z frontu tanecznego: pomału jakbym zaczęła rozumieć, na czym własciwie polega camel. To znaczy - moje ciało zaczyna pojmować, bo ja umysłem to przyjęłam. Ale... diversum est esse et id, quod est.

10:06, maroccanmint
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 listopada 2009

Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że jest piękna. I że to nie Amber. To twarde, zwięzłe imię wcale nie pasuje do jej smutnej, słodkiej buzi. Więc, żeby utrzymać się w bursztynno - nadmorskich klimatach, imię zmieniam na "Yantarya". Taka zabawa słowem i literą...

Reszta, jak złapię troszkę oddechu od pracy. Czyli w poniedziałek, 16 listopada. Bo mam wówczas wolny dzien...

Acha - miodowe oczy, które jej kupiłam, mało do niej pasują. Poażę Wam też.

09:08, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 listopada 2009
środa, 04 listopada 2009

6 listopada skończę trzydzieści lat... Już od wielu miesięcy cieszę się na to, z każdym rokiem czuję się lepiej w moim ciele, znacznie lepiej dogaduję się sama ze sobą, coraz bardziej cieszy mnie moja kobiecość... Mój Najdroższy wyleczył mnie z kompleksów, które miałam, adoruje mnie każdego dnia i otacza słodką uwagą całą mnie. Życzę wam wszystkim, moje Miłe, aby i Was to stale spotykało :-)

Na dodatek prezent urodzinowy od Niego dotarł już - tak, kilka dni przed czasem. Wiecie, co to? Ano - Jane Druga, wspaniała Janome o tysiącu funkcji, piękna, obła, lekka, cicha, prosta i skomplikowana zarazem. Wraz z nią przyszło osiem wymiennych stopek, kilka szpuleczek, specjalny przyrząd do obszywania dziurki na miarę, śmieszna prujka i podwójna igła, która wydaje mi się bardzo krótka. Żal mi będzie pierwszej Jane, mojego klekoczącego Łucznika, dzięki któremu sporo się nauczyłam o własnej cierpliwości. Jane Pierwsza jest jeszcze w dobrym stanie, długo poszyje, choć trzeba jej dać nowy pedał i chętnie oddam ją Osobie, która zechce rozpocząć przygodę z szyciem.  Sama też dostałam ją w ten sposób - sprezentował mi ją ktoś, nawet nie bardzo mi znajomy - kto przesiadł się na nowszy model.

No właśnie - z tym przesiadaniem się to cała historia... Pedał nowej maszyny jest piekielnie czuły na nacisk, mechanizm pracuje ciucho i jakby świszcząco, a zmiana biegów, jeśli się zna alfabet :-) to pestka. To tak, jakbyście się przesiadły ze starego, ale sprawnego mimo wszystko fiata za kierownicę mercedesa. Tak sobie to wyobrażam.
Rzecz jasna, sporo nauki przede mną - zanim opanuję wszelkie możliwości tej nowej Jane, minie trochę czasu. Ale już wiem, że na  Gwiazdkę dostanę oprzyrządowanie do patchworków, które Janome ma w swojej ofercie ;-)

Taka jestem rada, powiadam Wam. A wiecie, co było ostatnią rzeczą uszytą na starej Jane? Łaty na kolanach spodni pewnego sześciolatka. To było prawdziwe przeżycie. Teraz już się nie boję, czuję, że dam radę uszyć całe spodnie, nie tylko łaty :-)

***

Z rzeczy innych - Amber przeszła przez cło, jest teraz u Basi z villemoart i czekam już jak na szpilkach na wiadomość, że będzie wysyłana. To dla mnie dość istotne, ponieważ jutro wyjeżdżam na kilka dni do Rodziców i chciałabym wiedzieć, kiedy zostanie nadana.

Reszta jutro, bo ruszam do pracy...

 

12:15, maroccanmint
Link Komentarze (4) »
niedziela, 01 listopada 2009
poniedziałek, 26 października 2009
Dostałam dziś potwierdzenie, ze przesyłka z Chin jest już w Polsce! Teraz czeka ją przygoda w urzędzie celnym, podróż z kurierem i na koniec spotkanie ze mną :-) Hurra, hurra... może dostanę ją w moje ręce już w tym tygodniu? Jest jesień, więc w grę wchodzą tweedy, filcowy kapelusz nasunięty na jedno oko, włosy rdzawe i upięte w kok... Batystowa halka z falbanami, czubki trzewików trącające liście, futrzana mufka chroniąca od chłodu. Zupełnie jak w "Klaudynach" Colette, za którymi przepadam... Jak fajnie, ze to już.
11:04, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 października 2009

Pamiętacie, co to słowo oznaczało albo skąd pochodzi? Ja nie pamiętam, ale uczepiło się moich myśli, chodzi ze mną wszędzie i ogólnie rzecz ujmując mam już kompletną szagmę. A dlaczego?

PO pierwsze -dlatego, ze przyszły moje czesanki - mam szagmę na tle filcowania. Długo jeszcze będę się wzorowac na lekcjach i pomysłach osób lepszych w tym ode mnie - dużo jeszcze czesanki zmarnuję zapewne, ale ta forma kreacji rzeczy pięknych i przy tym użytecznych wciągnęła mnie na amen. No, ale zajmuje drugie miejsce, po szyciu, na które mam jeszcze większą szagmę ;-) A przy okazji szycia - kawał tkaniny, którego upolowaniem chwaliłam się ostatnio, po upraniu zajaśniał jeszcze piękniejszymi, żywszymi kolorami. Ach, żeby tak mieć wolny dzień...

Po drugie - dlatego, że przyszły pończoszki dla mojej Amber, a samej Amber ani widu, ani słychu. Basia z Villemoart doniosła mi, że zamówienie w sumie jest gotowe i powinni je wysyłac z Chin "na dniach". Może moja biedna lalka idzie pieszo? Zamówiłam jej wprawdzie dobre buty, ale... :-)

Pończoszki uszyła ATsuri - link do jej lalkowych projektów znajdziecie po prawej stronie. Proszę, rzućcie okiem, jak swietnie ona szyje :-) Trzy pary bieliźnianych cudeniek przyszły romantycznie zapakowane w bibułkę, ze wstążką i różyczką... Są super uszyte, ładnie wykończone, a na dodatek - moja maszyna nie szyje sztucznych włókien, więc często będą do mnie spływać. W różnych kolorach ;-) Tym razem - czarne, kremowe i brzoskwiniowe.

Po trzecie - strasznie dawno tu nie zaglądałam, a na blogu Agi czekało sobie na mnie takie oto wyróżnienie:

Wyznaję, ze zrobiło mi się miło ogromnie! A teraz przekazuję je wszystkim, których blogi pilnie śledzę. Bo wszystkie godne są uwagi, zachwytu, każdy na swój sposób przenosi czytającego do świata, w którym pasja tworzenia osoby piszącej blog widoczna jest jak na dłoni. I w której to pasji można się ogrzewać i napawać natchnieniem.

***

Szagma. Filcowy kwiat pierwszemu, kto mi przypomni, co to do licha było takiego?

 

13:25, maroccanmint
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11